środa, 25 lutego 2015

Spotkanie z Czarną Zochą.

Czarna Zocha doświadczyła w życiu wiele. Choć była czystej krwi Mattelką, zawsze czuła się gorsza. Ciągle musiała kryć się w cieniu tej bardziej uśmiechniętej Barbie, przytakiwać pod jej świergot, czy nawet usługiwać, aby stworzyć tę idealną świtę przyjaciółek gwiazdy. Aby nie popadać w depresję, Zocha próbowała pracować nad sobą, a nawet się zbuntować. Niestety, zostało to źle odebrane, Zocha straciła wtedy resztki godności i ubrania.
W iście dekadenckim nastawieniu, Zocha trafiła do mnie zrujnowana psychicznie, oraz fizycznie. Tak to często bywa, jeśli nie da się wspiąć na szczyt, to skok w dół może być niezwykle bolesny...

Walczyłam z nią długo. A właściwie z jej problemami. Ma bardzo trudny charakter i mocno zakorzenione nawyki. Wśród jej przekonań charakterystyczna jest  myśl, że w życiu nie ma szczęścia, a jedynie małe przyjemności. Nie ma też wyższych idei (poza ideą Zła!), świat jest zbyt surowy, a lalki myślą wyłącznie o sobie. Nawet jeśli chcą przyjaźni, to ta przyjaźń też ma czemuś służyć.
W związku z tym, Zocha nie potrafi się przed nikim otworzyć. Nikt nie jest dość Zły, by być tego godny. Trzyma wszystkich na dystans, jest tak ciemnym charakterem, jak tylko można być. Kradnie, rozrabia, zastrasza i bije, a oprócz tego wciąga talk kłuje się igłami do szycia w samotności. Doszłam do wniosku, że takie indywiduum potrzebuje wolności i życia wedle własnych zasad.

 Powinna wyglądać tak. Przynajmniej kiedyś tak wyglądała... źródło



Mówiłam, że kradnie.


O Zosze było więc głośno. Każdą katastrofę zaczęto nazywać jej imieniem. I miano rację. Czego nie niszczyły Szczury*, za to odpowiadała ona. Ale nie było jak jej o to spytać, gdyż nikt nie znał jej kryjówki. A szukają jej wszyscy prawi obywatele mojego pokoju.

Zocha w trakcie knucia nowej intrygi.

Maniek: "Jestem mężczyzną-wojownikiem w obciachowym wdzianku! 
Walczę w imieniu dobra i miłości! Poddaj się!"

Zocha: "Cholera, nie cierpię dobra i miłości!"
Maniek: "Więc walcz ze mną!"

Zocha: "No dobra."
Szast, prast, myk-myk, ugubugu!

Dzyń dzyń, bum bum, patataj!

Zocha: "Poddaję się! Jestem twoja!"
Maniek: "Oooo..."

Zocha: "No, chodź."
Maniek: "Ideee..."


Kuku!

Łup, chrup, ała!

Zocha: "Piona!"
Katniss: "Ciebie też mogłabym zabić..."

Zocha: "A czy on jest martwy?"
Katniss: "Żartowałam. Przecież wszyscy jesteśmy tylko zabawkami..."



A teraz nasuwa się pytanie. Czemu Katniss jej pomogła? Przecież ona ma serce czyste jak łza (poza tymi wszystkimi uczestnikami Igrzysk, których musiała niegdyś zabić). Całkowicie praworządna i troskliwa dla wszystkich. No właśnie...

Postawa Czarnej Zochy, to jej ostatnia linia obrony. Wbrew pozorom, bardzo łatwo ją zniszczyć. Katniss przeżyła już dość, by o mało nie stać się kimś bardzo podobnym.


*Szczury - jedyne prawdziwe zagrożenie dla całego orszaku. Są chaotyczną siłą niszczycielską, która musi spróbować wszystkiego, oczywiście zębami. Leże mają w klatce, ale żerują wieczorami w trakcie wybiegów. Potrafią dojść w teoretycznie niedostępne miejsca i tam kogoś zaatakować. Brygada Bezpieczeństwa (inicjatywa Katniss) prowadzi specjalne patrole i interwencje, przegania te szkodniki z kryjówek lalkowych, oraz trzyma warty przy wybiegach. Szczury są gorsze od Zochy o tyle, że Zocha nie obgryza palców.

Na zdjeciu: małe Szczurki w konfiguracji trójokiego potwora.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Eksperymenty z kuchnią

Jestem leniwa. Naoglądałam się filmików My Froggy Stuff i pozazdrościłam jedzenia, jakie tam tworzą.
Poszłam więc do kuchni, zmieszałam sól, mąkę i sodę oczyszczoną. Zalałam wodą, utworzyła się trochę lepka masa plastyczna. Ulepiłam trochę bułek, jakieś kuleczki i kółeczka, na wzór smażonych oponek.




No i tu zaczyna się lenistwo. Gotowy, jeszcze mokry twór powinnam wstawić do piekarnika i poczekać, aż się zarumieni, byłoby już gotowe. Ale ja zaczynam tworzyć takie dzieła średnio kilka minut po północy i moich rodziców by szlag trafił, gdybym włączała im wtedy piekarnik :)

Lepidła więc odstawiłam na grzejnik i zapomniałam w błogiej nieświadomości. Soda sprawiła, że pod spodem zrobił się mały bąbel - ciasto wygląda, jakby wyrosło.



Z takimi bułkami mamy mały wybór. Możemy spróbować upiec jeszcze raz, albo po prostu pomalować. Ale mi średnio wychodzi malowanie. Zapaliłam świeczkę...

I trzymałam bułkę nad ogniem, aż się zarumieni. Wsadzanie do ognia nie pomaga, bo zostają smugi po dymie.

Przypiekana chałka i bagietka.

Następnie wzięłam oponkę, ale mi spadła z pęsety i zanurzyła się w mokrym wosku. Ech, niezdara ze mnie. Wyłowiłam kółeczko i umieściłam nad ogniem, aby mokry wosk mógł spłynąć. I wtedy rozległo się skwierczenie. Oponka się zaczęła smażyć!


Smażenie w wosku daje nam kilka korzyści. Po pierwsze, kolor rozprowadza się równomiernie (mokry wosk wnika w masę). Po drugie, kolor jest głębszy, sprawia wrażenie, jakby na serio był tam tłuszcz ze smażenia. Po trzecie, kolor pojawia się szybciej, niż przy opalaniu nad ogniem. A jeśli mamy zapachową świeczkę, to doświadczamy również aromaterapii. Ewentualne przypalenia masy dają specyficzny zapach, ale nie uważam, że jest nieprzyjemny. Trochę zbliżony do pieczonego ciasta (w końcu mąka i soda).



Nad czym musiałam uważać? Żeby się nie poparzyć. Ciepło unosi się w linii prostej nad ogniem, więc trzeba trzymać rękę tak, by na nią nie leciało. Staramy się nie dotykać świeżo smażonego jedzenia, bo jest gorące, koniec pęsety zresztą też.
Smażymy na boku ognia, smażenie nad nim daje osad z dymu, smażenie w nim - węgiel.
Ręka szybko się męczy, pęseta coraz częściej wypuszcza smażony obiekt, jak wpadnie do wosku, to nic, wyciągamy i smażymy dalej. Nadmiar wosku zbiera się w wiszącej kropli i wystarczy nią dotknąć o brzeg aluminiowej osłonki, wtedy spłynie. Jak jedzenie spadnie na płomień, może wcisnąć knot w dół i zgasić nam świeczkę ;)


Co ciekawe, trochę wosku zostaje w naszej masie, więc jego kolor może mieć znaczenie. Przystygający wosk może też mieć duży potencjał w imitowaniu mas lukrowych, ale nadal nad tym pracuję.

Jeśli chcemy, aby jedzenie nie wyglądało na smażone, tylko gotowane (jak pierogi, albo kopytka), po prostu moczymy w jasnym wosku i po chwili wycieramy łapkami z nadmiaru.

Surowa bułka i pyzy.


Surowa oponka zmoczona w wosku, pyzy, przypalana bułka, smażona bułka (spalona!), smażona oponka, i smażona oponka moczona w wosku (co ją zmieniło w donuta z czekoladą)


Na koniec wspomnę, że metody nie polecam dzieciom (zwłaszcza, tym samym w domu), a pozostałe osoby dorosłe robią to na własną odpowiedzialność. Jako mała dziewczynka często bawiłam się rozgrzanym woskiem (wylewałam ze świeczki i lepiłam z niego), ale jednak ktoś mnie wtedy pilnował.

sobota, 21 lutego 2015

Żeby nie było, że nic nie robię.

Weekend idzie, czas się rozleniwić. Życie zmierza w całkiem dobrym kierunku, muszę się tylko zmobilizować. Mam duże plany ceramiczne, tylko brak mi konkretnych pomysłów. Muzycznie też zapowiada się dobrze, prawdopodobnie w tym tygodniu wrócę do mojej harfy. Poprzednio musiałam przerwać nasz gorący romans, ponieważ psuło mi się ustawienie nadgarstka przy gitarze, a szkoda byłoby stracić te wszystkie lata nauki dla kilku chwil przyjemności z harfą.
Będę więcej lepić z gliny, zakupiłam też kilka paczek spinaczy i wąskie listewki. Będzie więcej krzeseł i innych mebli. Z szafkami i regałami muszę się wstrzymać, bo jestem na etapie szukania odpowiednich płytek drewnianych.
Szkoła przeniosła mnie na tryb weekendowy. Może to czas poszukać pracy?

Już dawno nie kupiłam nowej lalki. Te w sklepach mi się nie podobają, jedyna nadzieja teraz tkwi w nowej buźce Barbie, ale to i tak by był tylko jeden egzemplarz. Na te z internetu zaś brak mi kasy. Ale najważniejsze, że czuję spokój. Mam na oku jedną kuchnię do przemalowania. Orcze dziecko nadal nie ma oczu.

Niedługo będzie ładna pogoda, może urządzę swoim lalkom jakiś piknik? Na razie trwają przygotowania.
Koszyk z wykałaczek też gdzieś podpatrzyłam. Nie potrafię na razie znaleźć tej osoby, ale wiem, że prowadzi bloga i jest na mojej liście o miniaturyzacjach po prawej stronie. Chętnie zamieszczę jej reklamę (jak już znajdę, kto to był).
Znalazłam! Zapraszam tu.

Pokrywki piknikowe były już moim pomysłem. Zrobiłam je z grubego papieru (grubszy niż tektura w blokach) i skleiłam ze sobą paskiem koronki, żeby można było otwierać koszyk i zamykać.

Akryle nadal dzielnie mi służą. Są dobre niemal do wszystkiego. W poprzedniej notce to nimi malowałam biedronki na spódnicy. Tutaj prezentuję różne buciki.

Obciachowe adasiory, które wcześniej waliły na fioletowo. Zależało mi na tym, by miały jaki kolwiek ciemny kolor i, żeby nie rzucały się aż tak w oczy.

Glany z jasnymi przecierkami. Farba trochę odchodzi, bo buty mierzyły już różne lalki.

Zwykłe, czarno białe conversy...

I rolki Francy.


Farby sprawdziły się również tutaj:
Zdjęcia pochodzą stąd.

Simba odwalił kawał dobrej roboty robiąc własne, artykuowane ciałko dla lalki Steffi. Zestaw szczeniaczków, oraz matka z otwieranym brzuszkiem też jest bardzo uroczy. Poza tym, że psia mam jest strasznie blada, a maluchy są derpami.
Tymczasem, berneński pies pasterski wygląda tak. Strona hodowli...

No to, pozostaje chwycić za pędzel, rozrobić kolory (może wreszcie kupię sobie brązowy akryl?) i jazda!
Psie dzieciaczki mają straszne derpy w oczach, a to dlatego, że nie przyłożyłam pędzla do ich spojrzenia. Pomalowałam wszystko wokół, ale akurat nie to...
Zamknęliśmy braciszka w koszyku, ale fajna zabawa!


czwartek, 19 lutego 2015

Biedronkowe Wyzwanie

Tak jakoś sobie pomyślałam, że zrobię coś twórczego. Ale jak? Na nic nie mam pomysłu, codziennie budzę się niewyspana, brakuje mi sił na sprzątanie. Całą energię pakuję w zwierzaki, a dla mnie jej nie starcza. Chyba brakuje mi witamin. Albo wiosny.

Trafiłam na post Akrimeks, która podjęła się Biedronkowego Wyzwania. Autorką zabawy jest Lucy, której, co prawda nie znam i której moja praca może nie wpasować się w kanon. Bo to, co zrobiłam, jest dla lalki ;)
Ale i tak pozdrawiam! 

Do Wyzwania można dołączyć tutaj.

No to zrobiłam. Siedziałam nad tym pół dnia, upaćkałam łapy farbami, zgubiłam dwie igły, nie ugotowałam obiadu, ale dzieło skończone. Drżyjcie.
Nie wiecie dlaczego? Ha! Przypatrzcie się uważnie.

Bo on się boi...

Gdy kończyłam biedronki, było już całkiem ciemno. Czarne kropki malowałam na ślepo.

A potem włączyłam lampkę i domalowałam kilka ciut staranniej..

Tak wygląda już gotowa stylizacja. Wstążka nie była planowana, ale wdarła się przebojem.

Bluzkę właściwie planowałam inną, ale to, co szyłam okazało się strasznym niewypałem. Może jakiemuś Kenowi by dodało uroku, ale nie wiosennej Katniss. Późnym wieczorem zobaczyłam wśród odrzuconych ścinków na wpół obszyty kwadrat. No i jak tu lalkę ubrać w kwadrat?

Da się, tylko znowu trzeba mieć cierpliwość. Tym razem do gumek. Chciałam użyć płaskiej, ale była zbyt szeroka, a ta cienka ładnie zbierała koraliki, których już użyłam do torebki.

Przebiedronczenie...

Gdy na nią patrzę, czuję jakiś eklektyzm kulturowy...

Wkrótce wyruszyłyśmy do ogrodu przywoływać wiosnę.

Kapturek i wilk.

Tutaj sobie pluję w brodę, że jej buźki nie ustawiłam do obiektywu...

Słońce, jak zwykle, pokonało mój "kunszt" fotograficzny. Ale przynajmniej poznałam sztuczkę, jak ustawiać ostrość na automatach. Dla niektórych pewnie to oczywistość, ale ja jestem lamą nerką :)

A więc. By mieć ostry obiekt nie znajdujący się w centrum zdjęcia, wpierw kieruję na niego, łapię ostrość, a dopiero potem kadruję. Wow, oszukać maszynę!


A na koniec przyznam kilka rzeczy.
1. Słońce tak mocno się odbijało na sukience, że musiałam modyfikować zdjęcia, by było widać w ogóle biedronki (co widać, ale uczciwie jest się przyznać).
2. Sposób na spódnicę z koła gdzieś podpatrzyłam, ale nie mogę sobie przypomnieć źródła...
3. Jestem taką lamą nerką, że nie wiem, jak się zamieszcza banerki.