wtorek, 13 listopada 2018

Barbie bez diety i farbowanie henną!

Cześć.

Dzisiaj będzie o kolejnych efektach ubocznych hybrydkowania. Wiadomo, jeśli kupuje się jedną lalkę dla głowy, a drugą dla ciałka, to po właściwym przesadzeniu powstają dwie lalki...


Niby głównym celem całej operacji jest stworzenie tej swojej idealnej wersji, bazując na materiałach, które nam oferuje producent, jednak ostatnio odkryłam, że ta dodatkowa lalka, do której zostają wykorzystane pozostałe elementy, również ma w sobie bardzo dużo potencjału. I skoro jest "tą dodatkową", to czemu nie zaszaleć, by włożyć w nią więcej duszy?
Tak się stało przy poprzednio prezentowanych Neysach z tatuażami.


Swoją drogą, nie wiem, czemu, ale w poprzedniej notce zapomniałam wrzucić zdjęcie plecków, więc 
postanowiłam pokazać je tutaj, przy okazji wspomnienia o tatuażach :)


Dzisiaj napiszę o innej formie eksperymentów z modyfikowaniem lalki :)
Bohaterką, która je przeżyła będzie MTM Karate, bez wątpienia bardzo wysportowana osobniczka!

[zdjęcie promocyjne]

Owa lalka pozytywnie przebyła operację zmiany ciałka, w wyniku czego straciła swą artykulację i musiała przestać uczęszczać na treningi. Aby ją pocieszyć, postanowiłam podarować jej nowy kolor włosów.
Tym razem nie chciało mi się robić rerootu, więc postawiłam na inne metody.
Przypomniało mi się, że kiedy byłam na kursie kosmetycznym, prowadząca bardzo pilnowała, aby nie używać henny w proszku. Powód był prosty - taka henna potrafiła się rozsypywać w śladowych ilościach, a potem się utleniała na białych, skajowych fotelach, tworząc trudne do usunięcia przebarwienia.
Tak więc, wywnioskowałam, że skoro taką henną można zabarwić sztuczną skórę, to warto sprawdzić możliwe efekty na sztucznych włosach.
Przy najbliższej okazji domowego spa, to, co mi zostało po ciemnieniu własnych brwi, zużyłam na jasnych puklach karateczki.


Henna, jakiej użyłam to sypana brązowa firmy Delia Cosmetics.
Nałożyłam rozrobiony produkt dużym pędzelkiem na długość włosów, przy samej linii włosów użyłam mniejszego. Starałam się nie zabrudzić główki, jednak nie do końca mi się to udało.

Przynajmniej mogę z ręką na sercu napisać, że henna bardzo łatwo ustępuje po zastosowaniu maści Benzacne, zarówno z twarzy, jak i włosów. Owa maść jest szeroko znana wśród kolekcjonerów, ponieważ ratowała już wiele zdobycznych trupków.
Pewnie słyszeliście, że została wycofana i teraz będzie trudno ją zdobyć...



Jako, że cały zabieg odbył się ponad pół roku temu, to niestety, nie pamiętam, ile czasu trzymałam farbę na główce. Do naturalnych włosów wystarczy dziesięć minut (im grubszy włos, tym łatwiej wnika do niego farba). Jednak ze względu na to, że barwiłam włosy sztuczne, które nie mają takiej struktury, to mogłam je umyć nawet po całej dobie.





Następne zdjęcia przedstawiają już wyschnięte włosy i lalkę przed farbowaniem, dla porównania. Jak widać, henna całkiem ciekawie zmieniła włosom odcień, czyniąc je takimi jakby truskawkowymi. W dotyku są one dalej gładkie i sypkie, więc nie ma tego lepkiego efektu, który występuje, przy barwieniu włosów pisakami. Włosy też nie farbują palców i nie widać, by kolor się ścierał pod wpływem dotyku.
Nie udało mi się dobrze wypłukać henny spomiędzy dziurek, ale nie uważam tego za wielką klęskę - mocniejszy kolor przy głowie sprawia wrażenie odrostów i wygląda całkiem realistycznie.

Przepraszam za jakość fotek, ale, kiedy je robiłam, dysponowałam tylko telefonem i słabym światłem. Postanowiłam je tu zamieścić głównie ze względów edukacyjnych! :D

Pod koniec mam kilka zdjęć, które zrobiłam w zeszłym tygodniu, starając się złapać w miarę znośne światło. Jak widać, brak ruchu mocno wpłynął na sylwetkę mojej Barbie.







To tyle z eksperymentów, obiecuję, że przez kilka następnych notek będę już grzeczna.
Pozdrawiam :)