niedziela, 30 października 2016

Dama w bieli. I w lesie.

Święta, święta i... No, w sumie, to nadal "w trakcie" świąt, ale jutro do pracy. Tymczasem najwięcej zabaw halloweenowych przypadło na sobotę. Tak, żeby ludzie mogli wytrzeźwieć i się wyspać.





Nic dziwnego, że w niedzielę przed południem natrafiłam na błąkającą się po lesie samotną niewiastę. Panna miała cerę jak mleko, oraz za dużą suknię mieniącą się, jak płatki śniegu.
Myślę sobie, jeden z efektów ubocznych wczorajszych zabaw w przywoływanie potępionych dusz. Niby nie brałam w tym udziału, tylko ostrożnie się wycofałam z pokoju, ale jednak wyszło na to, że to ja muszę po tym  posprzątać. Wysunęłam się w jej stronę, wsłuchując się w żałosne zawodzenie mego psa za plecami (w końcu, który to pies nie będzie płakał, gdy pani siedzi dwadzieścia metrów od ogródka i cyka jakiejś lali zdjęcia, zamiast kulturalnie wziąć futrzaka na spacer?).
Tymczasem nieszczęsna potępiona dusza wcale nie chciała zrzucić swego potępienia na mnie i przyznam z satysfakcją, że nawet współpracowała nie tylko ze mną, ale i z podłożem. A może po prostu miała aż tak sztywną suknię, że mogła sama stać dzięki niej. Z pewnością jednak była wdzięczna, że zamiast krzyża i egzorcyzmów przyniosłam aparat.











Kiedy już zdążyłam się oswoić z duchem, najpewniej jakiejś hrabiny, wśród tego całego przepychu i elegancji, moje oczy wyłapały sygnet o bardzo surowym kształcie. Strasznie odcinał się od reszty stroju, więc postanowiłam mu się przyjrzeć. I wtedy, zamiast ducha, nawiedziły mnie wątpliwości.


A prawda zaczęła wychodzić na jaw.


No, kto to widział ducha hrabiny w kiecce i trampkach?! 

M  C KWADRAT. Ty wcale nie jesteś duchem, tylko dzieciakiem robiącym sobie jaja z ludzi!

Wcale nie! Byłam na imprezie, przysięgam, takiej ze strojami! A potem wypiłam za dużo i zrobiło  się niedobrze, więc wyszłam na świeże powietrze. Później już nie umiałam trafić, więc błąkałam się tak do rana.

No dobra, przypuśćmy, że wierzę. Coś jeszcze masz do powiedzenia?

 Dostanę może szklankę wody brzozowej na ból głowy?


niedziela, 16 października 2016

Tak jakoś...

Ostatnie miesiące były dla mnie ciężkie. Po intensywnych wakacjach, nagle przyszła pora płacić co raz to kolejnymi wyrzeczeniami. O ile na każdy taki cios odpowiadałam z podniesioną głową i brałam owe wydarzenia "na klatę", to przyznam szczerze, że nie mam już siły. Gdzie zostały te czasy, gdy mogłam się rozpłakać i liczyć na to, że ktoś inny załatwi za mnie tego typu sprawy? Myślałam, że jak będę wychodzić nim na przeciw, to powoli zacznie być łatwiej. Ale widać, problemy są jak zbłąkane duchy - zlatują się właśnie do ludzi, którzy je rozwiązują. Och, gdyby się tak dało taki problem po prostu odesłać do innego świata, ale nie... Nie chcę sobie zapeszyć jeszcze bardziej, więc nie będę się wdawać w szczegóły. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła napisać o nich już w czasie przeszłym.

Nie mogę się pochwalić jakąś znaczną aktywnością lalkowo-kraftowo-fotograficzną. Ot, sobie egzystuję, czasem lalkę kupię, rzucę gdzieś rozebraną, a potem tylko pilnuję by stos winylowych rzeczy piętrzył się poza zasięgiem moich szczurków. Zdjęcia niby chcę robić, ale w pokoju nie mogę się uporać z bałaganem i brakiem organizacji. A na dwór trzeba wyjść i nie zmarznąć. W dodatku, światło, pora roku, ustawienie księżyca i tak dalej...

Dziś więc pokażę tylko kilka zdjęć i to nie robionych w ramach sesji, tylko krótkiego relaksu - minimalistycznego spotkania z inną kolekcjonerką. Lalki ze zdjęcia więc nie są moje. No, dobra, moja jest tylko Bat Girl. I Emmett, ale on jest jak ja na imprezach - może zobaczycie na którymś zdjęciu jakąś rękę ;)

 Jednak uroczą gwiazdką tego wpisu będzie słodki pyszczek BJD, który należy do właścicielki bloga Touch of Shadow. Umknęła mi informacja, kto jest producentem, ale to nie ma dużego znaczenia. BJD to jedne z nielicznych lalek, które są przede mną bezpieczne. Oby jak najdłużej!

 Co nie zmienia faktu, że taki pyszczek jest uroczy i porywający serce.






 Kolejne dwie panie, które się wtedy spotkały to DC Hero od Mattela. Obie w strojach prywatnych, bo ileż można się kisić w szkolno-bohaterowych mundurkach? Przyznam, że tak podobają mi się o wiele bardziej.

  Harley Quinn też mnie strasznie kusi, ale muszę być twarda. Może kiedyś... ;)

 Póki co, Bat Girl musi się zadowolić tym przelotnym spotkaniem. Obie panie wymieniły się adresami naszych blogów, więc będą sobie wzajemnie pisać komcie.


 I jeszcze raz powtarzam, teraz nie jest czas, by kupić sobie Harley!

Ale, o rany, jaka jest śliczna. Może chociaż sobie ciuszki poszyję, żeby zapchać potrzebę czegoś nowego...

Pozdrawiam.
Do następnego.
Oby lepszego :)