Witajcie.
Nadal mam problem z regularnym dodawaniem wpisów, ale przestałam się tym już przejmować. Muszę być dla siebie bardziej wyrozumiałą poganiaczką niewolników ;)
Dzisiaj krótko.
Wrzucam kilka zdjęć, które zrobiłam podczas rowerowej przeprawy do domu rodziców. Zwykle jeździłam samochodem, ale wtedy miałam kaprys na sprawdzenie innych możliwości. Co prawda, podróż trwała godzinę, a nie piętnaście minut, ale zwykle przecież nie zatrzymuję się, by oglądać okolicę i robić jej zdjęcia, więc mam usprawiedliwienie.
W starym miejscu sporo się zmieniło. Moja ulubiona okoliczna ruina została zapieczętowana - wyburzono budynki w najgorszym stanie, zamurowano tylną bramę, a przednią zamknięto. Więc może jednak jest jakiś właściciel? Szkoda, że nie zapobiegł wydłubaniu kostki brukowej z podjazdu i oszabrowaniu posiadłości przez złomiarzy. I wycięciu prętów z bramy. Mam nadzieję, że najładniejsza część zostanie kiedyś odratowana, nawet, jeśli nie będzie mi dane jej już więcej oglądać, jako osobie z zewnątrz.
Modelką jest fashionistas 87, która po przeszczepie na mtm nieprzerwanie cieszy się moją sympatią. Jak stado innych lalek, które do mnie przybywają. Mam problem z ustaleniem swojej "najulubieńszej" :P
Pozdrawiam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plener. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plener. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 sierpnia 2020
środa, 11 grudnia 2019
Sesja Icy na ulicy
Cześć.
Pogoda przestała nas już rozpieszczać temperaturami. Zaczynają się chłody i poranne wykwity mrozu na szybach. Tylko mała część mnie może się pogodzić z tym, że czas mija, a pory roku się zmieniają. Ciągle mam wrażenie, jakby lata było dla mnie za mało...
Moja świadomość żyje w harmonii z podświadomością - w nawiązaniu do moich przekonań o przemijaniu, ciało postanowiło się rozchorować i zmusić mnie do nabycia zaległości w różnych sprawach. Teraz już mam trochę więcej siły, więc powoli mogę zacząć je popychać kijem. I nie tylko zaległości z nauki, ale też ze zdawania tutaj relacji z moich lalkowych aktywności.
Tak sobie to życie się toczy, a ja wcale nie zapominam o blogu i ciągle gdzieś z tyłu głowy kotłuje mi się myśl, że powinnam dać jakiś sygnał o sobie. No, to daję.
Aby zdjęcia się nie przedawniły, postanowiłam je wrzucić już dzisiaj, w tym samym dniu, co zostały zrobione. A innym razem będę wrzucać mniej aktualne sprawy...
Szron na liściach. Wracając z biblioteki tylko czekałam na taki pretekst, żeby wyjąć z torebki lalkę i ustawić ją na ziemi. Dawno nie robiłam zdjęć w plenerze, a na chodniku, wśród ludzi, to jeszcze nigdy. Nie było źle, choć podejrzewam, że wśród dzieci przechodzących z rodzicami, to właśnie dzieci patrzyły się na mnie najbardziej :)
Dzisiaj przedstawiam Wam lalkę, która jest u mnie dość długo, ale przynajmniej kilka miesięcy leżała rozkręcona i czekająca na skończenie. Ponoć się zarzekałam, że z dyńkowych lalek, to właśnie Blythe są najbrzydsze, ale w moim przypadku autosugestia nie zdała egzaminu. Może i jestem świadoma trochę innego kanonu piękna, ale i tak dałam się uwieść przedziwnej fascynacji.
Czas, który spędziła w kawałkach był dla niej obietnicą nowego wcielenia. Wcielenia, do którego zwieńczenia brakuje już tylko delikatnego wyrównania odcienia między plastikiem na buzi, a tym, z tyłu głowy, oraz wkręceniu śrubek. Jak na razie, nie zauważyłam, by chciała się rozpaść mimo braku tych metalowych elementów.
Blythe, a właściwie jej naśladowczyni spod skrzydeł Icy była dla mnie czymś nowym. Nie jestem jej pierwszą właścicielką, ale chyba o to mi chodziło, żeby nie uczyć się na kompletnie świeżym produkcie. Zwłaszcza, że nie szło mi najlepiej:
1. Oczy. Po tym, jak mój men po krótkim instruktarzu z YT zdemontował jej tęczówki, okazało się, że moje nowe chipy są za duże. Niby wszędzie pisało, że do tej lalki rozmiar 14mm jest odpowiedni, a mi nie wchodziło. Długo biłam się z myślami, aż w końcu chwyciłam frezarkę i powiększyłam otwory w gałce ocznej.
(Później znalazłam informację, że właśnie tym rozmiarem chipów różnią się Icy od Blythe i właśnie takie rozwiązanie się zaleca...)
2. Błyszczącą buzię również potraktowałam frezarką, tym razem założyłam silikonową końcówkę. Nie do końca to matowienie wyszło mi równo, ale to udało mi się poprawić polerką do manicure. Przy okazji użycia frezarki delikatnie wyszczupliłam czubek nosa i podniosłam górę ust.
3. Od rozłożenia lalki minęło kilka miesięcy, więc nie pamiętałam, jak powinnam zamontować ponownie mechanizm. Nawet mając przed nosem filmik z poradami, musiałam trzy razy demontować oczy i zakładać ponownie. W trakcie tego zabiegu porysowałam farbę z powiek, więc następnym moim krokiem było zaklejenie elementów taśmą i ponowne malowanie...
4. Przy zakładaniu sprężyny trochę ją obluzowałam, więc podczas używania mechanizmu oczy otwierają się tylko do połowy i później pomagam lalce podnosząc powiekę za rzęsy :D Wiem, że to da się naprawić, ale mi na tym teraz nie zależy.
Ostatecznie jestem zadowolona i wydaje mi się, że całkiem nieźle mi poszło.
A... Chciałam się pochwalić, że lalka jest również wyposażona w brwi, tylko akurat na zdjęciach są zasłonięte grzywką. I ubranko też jej szyłam. Za to skarpetki i buty są od Shibajuku :)
Robienie zdjęć przy zachodzie jest ciekawe, zwłaszcza, jak się wybierze miejsce przy ulicy. Raz były samochody i zasłaniały światło, a rat nie... ;)
Pogoda przestała nas już rozpieszczać temperaturami. Zaczynają się chłody i poranne wykwity mrozu na szybach. Tylko mała część mnie może się pogodzić z tym, że czas mija, a pory roku się zmieniają. Ciągle mam wrażenie, jakby lata było dla mnie za mało...
Moja świadomość żyje w harmonii z podświadomością - w nawiązaniu do moich przekonań o przemijaniu, ciało postanowiło się rozchorować i zmusić mnie do nabycia zaległości w różnych sprawach. Teraz już mam trochę więcej siły, więc powoli mogę zacząć je popychać kijem. I nie tylko zaległości z nauki, ale też ze zdawania tutaj relacji z moich lalkowych aktywności.
Tak sobie to życie się toczy, a ja wcale nie zapominam o blogu i ciągle gdzieś z tyłu głowy kotłuje mi się myśl, że powinnam dać jakiś sygnał o sobie. No, to daję.
Aby zdjęcia się nie przedawniły, postanowiłam je wrzucić już dzisiaj, w tym samym dniu, co zostały zrobione. A innym razem będę wrzucać mniej aktualne sprawy...
Szron na liściach. Wracając z biblioteki tylko czekałam na taki pretekst, żeby wyjąć z torebki lalkę i ustawić ją na ziemi. Dawno nie robiłam zdjęć w plenerze, a na chodniku, wśród ludzi, to jeszcze nigdy. Nie było źle, choć podejrzewam, że wśród dzieci przechodzących z rodzicami, to właśnie dzieci patrzyły się na mnie najbardziej :)
Dzisiaj przedstawiam Wam lalkę, która jest u mnie dość długo, ale przynajmniej kilka miesięcy leżała rozkręcona i czekająca na skończenie. Ponoć się zarzekałam, że z dyńkowych lalek, to właśnie Blythe są najbrzydsze, ale w moim przypadku autosugestia nie zdała egzaminu. Może i jestem świadoma trochę innego kanonu piękna, ale i tak dałam się uwieść przedziwnej fascynacji.
Czas, który spędziła w kawałkach był dla niej obietnicą nowego wcielenia. Wcielenia, do którego zwieńczenia brakuje już tylko delikatnego wyrównania odcienia między plastikiem na buzi, a tym, z tyłu głowy, oraz wkręceniu śrubek. Jak na razie, nie zauważyłam, by chciała się rozpaść mimo braku tych metalowych elementów.
Blythe, a właściwie jej naśladowczyni spod skrzydeł Icy była dla mnie czymś nowym. Nie jestem jej pierwszą właścicielką, ale chyba o to mi chodziło, żeby nie uczyć się na kompletnie świeżym produkcie. Zwłaszcza, że nie szło mi najlepiej:
1. Oczy. Po tym, jak mój men po krótkim instruktarzu z YT zdemontował jej tęczówki, okazało się, że moje nowe chipy są za duże. Niby wszędzie pisało, że do tej lalki rozmiar 14mm jest odpowiedni, a mi nie wchodziło. Długo biłam się z myślami, aż w końcu chwyciłam frezarkę i powiększyłam otwory w gałce ocznej.
(Później znalazłam informację, że właśnie tym rozmiarem chipów różnią się Icy od Blythe i właśnie takie rozwiązanie się zaleca...)
2. Błyszczącą buzię również potraktowałam frezarką, tym razem założyłam silikonową końcówkę. Nie do końca to matowienie wyszło mi równo, ale to udało mi się poprawić polerką do manicure. Przy okazji użycia frezarki delikatnie wyszczupliłam czubek nosa i podniosłam górę ust.
3. Od rozłożenia lalki minęło kilka miesięcy, więc nie pamiętałam, jak powinnam zamontować ponownie mechanizm. Nawet mając przed nosem filmik z poradami, musiałam trzy razy demontować oczy i zakładać ponownie. W trakcie tego zabiegu porysowałam farbę z powiek, więc następnym moim krokiem było zaklejenie elementów taśmą i ponowne malowanie...
4. Przy zakładaniu sprężyny trochę ją obluzowałam, więc podczas używania mechanizmu oczy otwierają się tylko do połowy i później pomagam lalce podnosząc powiekę za rzęsy :D Wiem, że to da się naprawić, ale mi na tym teraz nie zależy.
Ostatecznie jestem zadowolona i wydaje mi się, że całkiem nieźle mi poszło.
A... Chciałam się pochwalić, że lalka jest również wyposażona w brwi, tylko akurat na zdjęciach są zasłonięte grzywką. I ubranko też jej szyłam. Za to skarpetki i buty są od Shibajuku :)
Tak się łapie wilka!
Robienie zdjęć przy zachodzie jest ciekawe, zwłaszcza, jak się wybierze miejsce przy ulicy. Raz były samochody i zasłaniały światło, a rat nie... ;)
Do następnego razu!
wtorek, 18 czerwca 2019
Ember w Kwiatach
Lalki z serii Project MC2 należą do tej grupy, którą mało się chwalę. Mimo bardzo interesującego wyglądu jakoś nie poświęcałam im zbyt wiele uwagi. A szkoda, bo mam ich już kilka. Oprócz McKeyli z pierwszego wypustu, są u mnie jeszcze Camryn i Adrienne. Jednak za najciekawiej przedstawioną postać uważam Ember. Tę dziewczynę mam u siebie już w dwóch odsłonach.
Nie oglądam serialu i tylko na podstawie stylizacji mogę stwierdzić, że Ember to eteryczna romantyczka, która kocha przyrodę i zwierzęta i wszelkie wolne chwile spędza na bieganiu boso po łące, oraz wąchaniu kwiatków. Może być jeszcze jakąś aktywistką-świruską. Pewnie uważa, że plastik jest zły, a cały Winylowy Orszak promuje konsumpcyjne hobby polegające na kupowaniu sobie nowych zabawek z tworzyw sztucznych. I to jeszcze często nowych, by zasilić śmietniki kolejną porcją zużytych opakowań. Gdyby wiedziała, że sama też jest sztuczna, pewnie już dawno poszłaby do szczurzej klatki - aby błagać je o szybką i bezbolesną śmierć. Na szczęście reszta lalek jest na tyle uprzejma, że nie uświadamia swojej koleżanki o prawdzie, odwracając jej uwagę kwiatkami doniczkowymi. Na razie się udaje, Ember jest spokojna :)
Bardzo ujmuje mnie ten miodowy odcień blondu (właściwie na granicy z rudym), oraz piegi na twarzy. MGA lubi mniej oczywiste połączenia kolorów, więc do rudych włosów mamy niebieskie oczy (do blondu brązowe, do czarnych zielone... ).
Pierwsza Ember była dostępna wraz z "eksperymentem" na błyszczące tatuaże. Sama lalka jest ubrana w długą, zwiewną sukienkę, z koronkową górą i rozciętą, falbaniastą spódnicą. Pastelowe odcienie są przełamane brązowym paskiem. Interesującym dodatkiem do tego wizerunku jest kwiecisty wianek, oraz indyjskie wzory wytatuowane na dłoniach. W całej stylizacji najmniej podobają mi się buty. Są to ciężkie, błękitne kowbojki, ale na szczęście, tak bardzo ich nie widać.
Drugim wcieleniem Ember jest jej zwierzęca forma. Na szczęście roślinożerna, więc również nie stanowi zagrożenia dla mnie i dla reszty. Moje zeberki się jej nie boją (one się nie boją wszystkiego, co się nie rusza przez długi czas), ale nie dopuszczam do tej przyjaźni międzygatunkowej ze względów estetyczno-higienicznych. Jeszcze z radości któreś by zrobiło pod siebie. Raczej zebry, bo one nie pilnują, a Ember nie potrafi...
Wersja z balu maskowego, oprócz bajkowej sukni i rogów jelenia, posiadała też skrzydła. Nadal posiada, ale zapobiegawczo przed zgubieniem, postanowiłam je schować i już sama nie pamiętam, gdzie...
Tym razem mamy zmieniony kolor włosów i fantazyjny element makijażu nad jednym policzkiem. Nadal są widoczne kwiaty, które są tak charakterystyczne tej postaci. Mamy też sandałki na obcasie, oraz zielone skarpetki, tak, żebyśmy nie zapominali, w jakim kraju przyszło mi realizować swoje hobby :)
Obie są dla mnie tak cenne, że nie umiałabym wybrać. Ciekawa jestem, które Wam się najbardziej podoba.
Nie oglądam serialu i tylko na podstawie stylizacji mogę stwierdzić, że Ember to eteryczna romantyczka, która kocha przyrodę i zwierzęta i wszelkie wolne chwile spędza na bieganiu boso po łące, oraz wąchaniu kwiatków. Może być jeszcze jakąś aktywistką-świruską. Pewnie uważa, że plastik jest zły, a cały Winylowy Orszak promuje konsumpcyjne hobby polegające na kupowaniu sobie nowych zabawek z tworzyw sztucznych. I to jeszcze często nowych, by zasilić śmietniki kolejną porcją zużytych opakowań. Gdyby wiedziała, że sama też jest sztuczna, pewnie już dawno poszłaby do szczurzej klatki - aby błagać je o szybką i bezbolesną śmierć. Na szczęście reszta lalek jest na tyle uprzejma, że nie uświadamia swojej koleżanki o prawdzie, odwracając jej uwagę kwiatkami doniczkowymi. Na razie się udaje, Ember jest spokojna :)
Bardzo ujmuje mnie ten miodowy odcień blondu (właściwie na granicy z rudym), oraz piegi na twarzy. MGA lubi mniej oczywiste połączenia kolorów, więc do rudych włosów mamy niebieskie oczy (do blondu brązowe, do czarnych zielone... ).
Pierwsza Ember była dostępna wraz z "eksperymentem" na błyszczące tatuaże. Sama lalka jest ubrana w długą, zwiewną sukienkę, z koronkową górą i rozciętą, falbaniastą spódnicą. Pastelowe odcienie są przełamane brązowym paskiem. Interesującym dodatkiem do tego wizerunku jest kwiecisty wianek, oraz indyjskie wzory wytatuowane na dłoniach. W całej stylizacji najmniej podobają mi się buty. Są to ciężkie, błękitne kowbojki, ale na szczęście, tak bardzo ich nie widać.
Drugim wcieleniem Ember jest jej zwierzęca forma. Na szczęście roślinożerna, więc również nie stanowi zagrożenia dla mnie i dla reszty. Moje zeberki się jej nie boją (one się nie boją wszystkiego, co się nie rusza przez długi czas), ale nie dopuszczam do tej przyjaźni międzygatunkowej ze względów estetyczno-higienicznych. Jeszcze z radości któreś by zrobiło pod siebie. Raczej zebry, bo one nie pilnują, a Ember nie potrafi...
Wersja z balu maskowego, oprócz bajkowej sukni i rogów jelenia, posiadała też skrzydła. Nadal posiada, ale zapobiegawczo przed zgubieniem, postanowiłam je schować i już sama nie pamiętam, gdzie...
Tym razem mamy zmieniony kolor włosów i fantazyjny element makijażu nad jednym policzkiem. Nadal są widoczne kwiaty, które są tak charakterystyczne tej postaci. Mamy też sandałki na obcasie, oraz zielone skarpetki, tak, żebyśmy nie zapominali, w jakim kraju przyszło mi realizować swoje hobby :)
Obie są dla mnie tak cenne, że nie umiałabym wybrać. Ciekawa jestem, które Wam się najbardziej podoba.
środa, 12 czerwca 2019
Rebel Baby
Cześć. Pewnie nie macie u siebie okien, a tym bardziej termometrów, więc nie wiecie, jak jest ciepłu. U mnie właśnie wysiadło ogrzewanie centralne, dlatego pogoda próbuje mi tak osłodzić życie :)
Tuż po dnu dziecka, wybrałam się na targowisko. Na targowisku tym upolowałam kilka trupków, które są jeszcze w trakcie ogarniania i różnych innych zabiegów włączając w to również czary z zakresu nekromancji.
Między innymi trafił do mnie klonik lalki Fleur, który swoją marną jakość nadrabia przede wszystkim obszernym ciuszkiem. Ciuchu jest tak dużo, że jeszcze się suszył, kiedy postanowiłam zainteresować się samą głową lalki. Bardzo miękka, ze skróconym włosiem, układającym się podniesioną kępkę. Z ciekawości wetknęłam ją na wolne ciałko mtm, które akurat było odziane w nieco alternatywną stylizację. No i wyszło to :)
Efekt tak mnie ujął, że musiałam na szybko zrobić jej sesję... Ale obiecuję, że niebawem buźka wróci do swojej oryginalnej formy i wtedy też się tu pojawi. Pozdrawiam.
Tuż po dnu dziecka, wybrałam się na targowisko. Na targowisku tym upolowałam kilka trupków, które są jeszcze w trakcie ogarniania i różnych innych zabiegów włączając w to również czary z zakresu nekromancji.
Między innymi trafił do mnie klonik lalki Fleur, który swoją marną jakość nadrabia przede wszystkim obszernym ciuszkiem. Ciuchu jest tak dużo, że jeszcze się suszył, kiedy postanowiłam zainteresować się samą głową lalki. Bardzo miękka, ze skróconym włosiem, układającym się podniesioną kępkę. Z ciekawości wetknęłam ją na wolne ciałko mtm, które akurat było odziane w nieco alternatywną stylizację. No i wyszło to :)
Efekt tak mnie ujął, że musiałam na szybko zrobić jej sesję... Ale obiecuję, że niebawem buźka wróci do swojej oryginalnej formy i wtedy też się tu pojawi. Pozdrawiam.
piątek, 12 kwietnia 2019
Tango
Z pozoru jestem prostym człowiekiem - była ładna pogoda, miałam czas, no to poszłam w krzaki!
A w krzakach cuda: przyroda. Owa ona się budzi, rośnie i rozkwita. Roślinki zielenieją, ptaszki ćwierkają, a robaczki wypełzują, zupełnie nieświadome bycia zdobyczami mojego polowania. To akurat szczęście dla nich, bo polowałam z aparatem. No i raczej tak, przy okazji.
Jak widzicie, nie kłamałam. Robi się pięknie i nawet moja depresyjna dusza ma w takich momentach przebłyski energii i chęci do działania. To akurat był początek tygodnia i w międzyczasie zdążyło się ochłodzić, ale weekend znowu zapowiada się jako ciepły i przyjemny... Mmm, będę dręczyć ogródek i czyścić samochód, nie mogę się doczekać. Chyba znowu się wyśpię na zapas.
Ale gdybym sama chodziła w krzaki, to miałoby się nijak do tematyki tego bloga. Razem ze mną udała się moja słowiańska piękność, eks-wróżka, Dori z Diamentowego Pałacu, zwana u mnie Tango.
Nie ukrywam, że jest to jedna z moich ulubionych lalek. Pamiętam, jak ją upolowałam w oryginalnej wersji, jak zaliczyła dwa przeszczepy (wpierw ciałko od Luxury Fashion, potem MTM), jak w międzyczasie coraz mniej śmierdziała tytoniem po poprzednim właścicielu. Dziś Tango jest wolna od nałogów, no może oprócz marzycielstwa, ale to już mi nie przeszkadza. Sama jestem uzależniona od wody, spania i czekolady...
Miejscem sesji były chaszcze na tyłach jakiegoś pawilonu handlowego. Nie sprawdzałam dokładnie okolicy, przyprowadziła mnie tam Nina, z którą prowadziłyśmy rywalizację o dostęp do najpiękniej kwitnącego krzaczka, by robić przy nim zdjęcia. Ostatecznie, musiałyśmy zmieścić się tam obie i dzisiaj ja publikuję swoje zdjęcia, a niebawem pewnie pojawią się też prace Niny, na jej własnym blogu.
Ale głównym rekwizytem tej sesji miał być szczególny dla mnie prezent, który jakiś czas temu dostałam z okazji moich urodzin. Jest to rzeźba przedstawiająca miniaturową harfę neoceltycką, pasującą do skali Barbie. Instrument jest z drewna, kołki to ucięte szpilki krawieckie, a rolę strun pełnią nici, zamontowane na harfie w kolorach odpowiadających tym w muzyce: czerwone struny to dźwięki C, a niebieskie to F. Niestety, harfa nie jest nastrojona, ale skoro moje lalki mają gumowe uszy, to nie będzie dla nich różnicy.
Owy podarunek to ręczna robota mojego Lubego, który widocznie nie ma umiaru w zaskakiwaniu mnie swoimi pomysłami i talentem :)
A jeśli dodam, że robił ją z patyczków po lodach, to już w ogóle będziecie zbierać szczęki z podłogi.
Zatem, zapraszam do obejrzenia reszty zdjęć.
Ale bym musiała się najeździć na ich próby, bo przecież Nina mieszka dość daleko ode mnie...
To tyle na dziś. Miłego weekendu :)
A w krzakach cuda: przyroda. Owa ona się budzi, rośnie i rozkwita. Roślinki zielenieją, ptaszki ćwierkają, a robaczki wypełzują, zupełnie nieświadome bycia zdobyczami mojego polowania. To akurat szczęście dla nich, bo polowałam z aparatem. No i raczej tak, przy okazji.
Robaczek.
Kwiatek.
Kwiatek.
Trawka.
Jak widzicie, nie kłamałam. Robi się pięknie i nawet moja depresyjna dusza ma w takich momentach przebłyski energii i chęci do działania. To akurat był początek tygodnia i w międzyczasie zdążyło się ochłodzić, ale weekend znowu zapowiada się jako ciepły i przyjemny... Mmm, będę dręczyć ogródek i czyścić samochód, nie mogę się doczekać. Chyba znowu się wyśpię na zapas.
Ale gdybym sama chodziła w krzaki, to miałoby się nijak do tematyki tego bloga. Razem ze mną udała się moja słowiańska piękność, eks-wróżka, Dori z Diamentowego Pałacu, zwana u mnie Tango.
Nie ukrywam, że jest to jedna z moich ulubionych lalek. Pamiętam, jak ją upolowałam w oryginalnej wersji, jak zaliczyła dwa przeszczepy (wpierw ciałko od Luxury Fashion, potem MTM), jak w międzyczasie coraz mniej śmierdziała tytoniem po poprzednim właścicielu. Dziś Tango jest wolna od nałogów, no może oprócz marzycielstwa, ale to już mi nie przeszkadza. Sama jestem uzależniona od wody, spania i czekolady...
Miejscem sesji były chaszcze na tyłach jakiegoś pawilonu handlowego. Nie sprawdzałam dokładnie okolicy, przyprowadziła mnie tam Nina, z którą prowadziłyśmy rywalizację o dostęp do najpiękniej kwitnącego krzaczka, by robić przy nim zdjęcia. Ostatecznie, musiałyśmy zmieścić się tam obie i dzisiaj ja publikuję swoje zdjęcia, a niebawem pewnie pojawią się też prace Niny, na jej własnym blogu.
Do jednego zdjęcia nawet pożyczyłam od Niny gitarę...
Ale głównym rekwizytem tej sesji miał być szczególny dla mnie prezent, który jakiś czas temu dostałam z okazji moich urodzin. Jest to rzeźba przedstawiająca miniaturową harfę neoceltycką, pasującą do skali Barbie. Instrument jest z drewna, kołki to ucięte szpilki krawieckie, a rolę strun pełnią nici, zamontowane na harfie w kolorach odpowiadających tym w muzyce: czerwone struny to dźwięki C, a niebieskie to F. Niestety, harfa nie jest nastrojona, ale skoro moje lalki mają gumowe uszy, to nie będzie dla nich różnicy.
Owy podarunek to ręczna robota mojego Lubego, który widocznie nie ma umiaru w zaskakiwaniu mnie swoimi pomysłami i talentem :)
A jeśli dodam, że robił ją z patyczków po lodach, to już w ogóle będziecie zbierać szczęki z podłogi.
Zatem, zapraszam do obejrzenia reszty zdjęć.
I na koniec: Tango w towarzystwie Byula Niny. Jak widać, oboje się wpasowują w folkowy klimat i powinni zakładać kapelę.
To tyle na dziś. Miłego weekendu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)