Jakiś czas temu, kiedy przekładałam lalki w witrynie, wzięłam do ręki Zarinę i stwierdziłam, że lepiej by wyglądała na innym ciałku. No i może wreszcie bym jej zrobiła reroot. W każdym razie, decyzja o dekapitacji została podjęta i Zarina czeka na swoje lepsze jutro. Efektem ubocznym był uraz szyi, z którym musiałam się zmierzyć.
Prawdę mówiąc, nie sięgnęłam po jakieś cudowne metody z żywicą UV (ale słyszałam, że się świetnie sprawdza). Wywierciłam dwa otwory w szyi, przez które przeprowadziłam odpowiednio skrócony gwoździk mający zastąpić wcześniej wyłamany, plastikowy bolec. Nie wygląda to bardzo estetycznie, ponieważ nie miałam odpowiednio cienkiego wiertła (znaczy, miałam, ale mocowanie nie pasowało do mojej frezarki). Główkę gwoździa podpiłowałam metalowym pilnikiem, resztę zabezpieczyłam kropelką, ale wydaje mi się, że raczej i tak samo nie wypadnie.
W pewnym kloniku, zamiast metalowego gwoździa, użyłam zwykłej wykałaczki, nie dałam żadnej kropelki i... Trzyma się. Nawet głowę zmieniałam i drewno nie puściło :D
Szyja po mojej radosnej naprawie wygląda teraz tak.
Tu od góry trochę widać, jak przechodzi gwóźdź przez środek.
Ciało wróciło do swej pierwotnej rezydentki, czyli C.A. Cupid. Biedna lalka, kiedyś kupiłam ją tylko i wyłącznie do zrobienia Zariny, a teraz, po wielu latach tułaczki, wreszcie może dumnie stanąć wśród innych lalek...
Ślady mojej naprawy są widoczne dopiero, kiedy lalce ustawi się głowę maksymalnie w górę. Nie jest to zbyt naturalna pozycja, więc podczas normalnego użytkowania nie będę narażona na częste doświadczanie tego "defektu kosmetycznego".
Jedyna obawa dotyczy tego, czy kiedyś ten gwoździk nie zacznie rdzewieć i nie spowoduje przebarwień u główki. No, ale czas pokaże i może zdążę odpowiednio zareagować...
Mimo ostrego słońca, zdecydowałam się wyprowadzić Cupid na krótki spacer. Skoro musiała już zwiedzić piwnicę, to czemu by jej nie zabrać na dwór, zanim ją wsadzę do szafki?
Tak prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że kiedyś ją zrekonstruuję i będę chciała zatrzymać. Pisałam kiedyś, że nie lubię ani lalek z grzywkami, ani buziek EAH, bo są zbyt okrągłe i napuszone... A jednak, właśnie ta grzywka zasłania brwi na tyle mocno, że buzia Cupid wygląda całkiem sympatycznie.
I na koniec: z tyłu widać tylko tyle gwoździa! :)
Pozdrawiam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modyfikacje lalek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modyfikacje lalek. Pokaż wszystkie posty
piątek, 29 maja 2020
niedziela, 24 marca 2019
Kawa z lalkami
Cześć,
mam dobre wieści.
Byłam w lalkowym niebie! W dodatku sprzedawali tam kawę i inne fajne rzeczy.
Przez bardzo długi czas doświadczałam przerwy od lalkowych spotkań, ale tym razem udało się powrócić i zobaczyć ze starą ekipą: Patem, KiciąKocią i Inką. Na spotkaniu poznałam też jedną nową osobę, Soihime, właścicielkę bloga Świat Zabawek Soi. Właściwie to ona zorganizowała ludzi, żeby przynieśli lalki i tu przyszli.
A było tak:
Dużo różnych różności z wielu stajni i gatunków plastiku. Przewagą liczebną posiadały twory Mattela, w tym głównie Barbie i Monsterki. Znalazło się też kilka zakamuflowanych hybryd EAH, Flavas, Myscene ale namierzenie ich można uznać za pewien rodzaj wyzwania.
Bardzo dziękuję za możliwość spędzenia czasu w takim zacnym towarzystwie, wśród tylu ciekawych lalek. Powiem szczerze, że nie ogarnęłam ich ilości i, jak zwykle, sfotografowałam tylko część z nich. Czuję niedosyt, zwłaszcza jeśli chodzi o lalki Pata, którym poświęciłam za mało czasu. Bardzo przepraszam za to i obiecuję poprawę następnym razem. To samo może się tyczyć również syrenek Inki.
Spotkanie było organizowane na dollsforum, które, wbrew pozorom, wciąż żyje. Dziękuję Soihime za podjęcie tematu, pozostałym - za przybycie! Pozdrawiam Was wszystkich ciepło i do zobaczenia następnym razem :)
mam dobre wieści.
Byłam w lalkowym niebie! W dodatku sprzedawali tam kawę i inne fajne rzeczy.
Przez bardzo długi czas doświadczałam przerwy od lalkowych spotkań, ale tym razem udało się powrócić i zobaczyć ze starą ekipą: Patem, KiciąKocią i Inką. Na spotkaniu poznałam też jedną nową osobę, Soihime, właścicielkę bloga Świat Zabawek Soi. Właściwie to ona zorganizowała ludzi, żeby przynieśli lalki i tu przyszli.
A było tak:
Hybryda Wonder Woman z buzią Lindsay Lohan z zamkniętej już serii My Scene. Lalka należy do Inki.
Dwa tajemnicze "vintydże". Ciemnowłosa jest Inki i zapomniałam nazwy producenta. Jasnowłosa jest moja... i też zapomniałam nazwy :)
Kocia złodziejka w godzinach wypoczynku: W piżamie i ze srebrnymi uszkami.
Dwie panny, które teoretycznie miały mierzyć się wzrokiem...
Kot z piesem (Pinkie Cooper KiciKoci)
Grupa przedszkolna...
I grupa przedprzedszkolna (czyli ciałka od LittleBlythe z doszydełkowanymi głowami zwierząt na podobieństwo egipskich bogów). Pcheły Inki.
Mieszanka Monsterek.
Pięknotki Inki. Jednej nie rozpoznałam, druga to chyba Jem and the Hologram.
Główka Flavas na ciałku grubej Fashionistki. Świetne połączenie! (Własność Inki)
"Live Long and in your face!" - Spock KiciKoci, Superman Pata
Bardzo udana hybrydka - też własność KiciKoci
Ten krótki epizod ze studiów, kiedy Obi Wan był syreną...
I czasem wypasał kucyki.
Dyskusja na ciężkie argumenty
Gilanie BJD w pachę
I odporna na łaskotki lalka KiciKoci
Biorąc pod uwagę mnogość dziwnych zdarzeń widok tej pary też nie powinien dziwić. Własność KiciKoci
Spectra V. w cudownym zestawie ciuszków. Własność Pata. W ogóle, pluję sobie w głowę, że to jedyna lalka Pata, którą uwieczniłam na zdjęciu!
A tutaj przedostałam się do części stołu, gdzie buszowało stadko od Soihime. Wózek należy do syrena MH, który został zdetronizowany przez tych dwóch gagatków.
Nie znam pana, ale jest fajny!
Gara z Naruto ( nie to, żeby ktoś mi podpowiadał...)
Oraz Soi we własnej osobie!
Z serdecznym uśmiechem właścicielki.
A tu w towarzystwie mojej muzy Dori z Diamentowego Pałacu.
Bardzo dziękuję za możliwość spędzenia czasu w takim zacnym towarzystwie, wśród tylu ciekawych lalek. Powiem szczerze, że nie ogarnęłam ich ilości i, jak zwykle, sfotografowałam tylko część z nich. Czuję niedosyt, zwłaszcza jeśli chodzi o lalki Pata, którym poświęciłam za mało czasu. Bardzo przepraszam za to i obiecuję poprawę następnym razem. To samo może się tyczyć również syrenek Inki.
Spotkanie było organizowane na dollsforum, które, wbrew pozorom, wciąż żyje. Dziękuję Soihime za podjęcie tematu, pozostałym - za przybycie! Pozdrawiam Was wszystkich ciepło i do zobaczenia następnym razem :)
Etykiety:
barbie,
diamond castle,
disney,
disney princess,
draculaura,
ever after high,
fashionistas,
lalki,
made to movie,
mattel,
Moanica,
modyfikacje lalek,
Monster High,
spotkanie lalkowe
wtorek, 13 listopada 2018
Barbie bez diety i farbowanie henną!
Cześć.
Dzisiaj będzie o kolejnych efektach ubocznych hybrydkowania. Wiadomo, jeśli kupuje się jedną lalkę dla głowy, a drugą dla ciałka, to po właściwym przesadzeniu powstają dwie lalki...
Niby głównym celem całej operacji jest stworzenie tej swojej idealnej wersji, bazując na materiałach, które nam oferuje producent, jednak ostatnio odkryłam, że ta dodatkowa lalka, do której zostają wykorzystane pozostałe elementy, również ma w sobie bardzo dużo potencjału. I skoro jest "tą dodatkową", to czemu nie zaszaleć, by włożyć w nią więcej duszy?
Tak się stało przy poprzednio prezentowanych Neysach z tatuażami.
Dzisiaj napiszę o innej formie eksperymentów z modyfikowaniem lalki :)
Bohaterką, która je przeżyła będzie MTM Karate, bez wątpienia bardzo wysportowana osobniczka!
Owa lalka pozytywnie przebyła operację zmiany ciałka, w wyniku czego straciła swą artykulację i musiała przestać uczęszczać na treningi. Aby ją pocieszyć, postanowiłam podarować jej nowy kolor włosów.
Tym razem nie chciało mi się robić rerootu, więc postawiłam na inne metody.
Przypomniało mi się, że kiedy byłam na kursie kosmetycznym, prowadząca bardzo pilnowała, aby nie używać henny w proszku. Powód był prosty - taka henna potrafiła się rozsypywać w śladowych ilościach, a potem się utleniała na białych, skajowych fotelach, tworząc trudne do usunięcia przebarwienia.
Tak więc, wywnioskowałam, że skoro taką henną można zabarwić sztuczną skórę, to warto sprawdzić możliwe efekty na sztucznych włosach.
Przy najbliższej okazji domowego spa, to, co mi zostało po ciemnieniu własnych brwi, zużyłam na jasnych puklach karateczki.
Henna, jakiej użyłam to sypana brązowa firmy Delia Cosmetics.
Nałożyłam rozrobiony produkt dużym pędzelkiem na długość włosów, przy samej linii włosów użyłam mniejszego. Starałam się nie zabrudzić główki, jednak nie do końca mi się to udało.
Przynajmniej mogę z ręką na sercu napisać, że henna bardzo łatwo ustępuje po zastosowaniu maści Benzacne, zarówno z twarzy, jak i włosów. Owa maść jest szeroko znana wśród kolekcjonerów, ponieważ ratowała już wiele zdobycznych trupków.
Pewnie słyszeliście, że została wycofana i teraz będzie trudno ją zdobyć...
Jako, że cały zabieg odbył się ponad pół roku temu, to niestety, nie pamiętam, ile czasu trzymałam farbę na główce. Do naturalnych włosów wystarczy dziesięć minut (im grubszy włos, tym łatwiej wnika do niego farba). Jednak ze względu na to, że barwiłam włosy sztuczne, które nie mają takiej struktury, to mogłam je umyć nawet po całej dobie.
Następne zdjęcia przedstawiają już wyschnięte włosy i lalkę przed farbowaniem, dla porównania. Jak widać, henna całkiem ciekawie zmieniła włosom odcień, czyniąc je takimi jakby truskawkowymi. W dotyku są one dalej gładkie i sypkie, więc nie ma tego lepkiego efektu, który występuje, przy barwieniu włosów pisakami. Włosy też nie farbują palców i nie widać, by kolor się ścierał pod wpływem dotyku.
Nie udało mi się dobrze wypłukać henny spomiędzy dziurek, ale nie uważam tego za wielką klęskę - mocniejszy kolor przy głowie sprawia wrażenie odrostów i wygląda całkiem realistycznie.
Przepraszam za jakość fotek, ale, kiedy je robiłam, dysponowałam tylko telefonem i słabym światłem. Postanowiłam je tu zamieścić głównie ze względów edukacyjnych! :D
Pod koniec mam kilka zdjęć, które zrobiłam w zeszłym tygodniu, starając się złapać w miarę znośne światło. Jak widać, brak ruchu mocno wpłynął na sylwetkę mojej Barbie.
To tyle z eksperymentów, obiecuję, że przez kilka następnych notek będę już grzeczna.
Pozdrawiam :)
Dzisiaj będzie o kolejnych efektach ubocznych hybrydkowania. Wiadomo, jeśli kupuje się jedną lalkę dla głowy, a drugą dla ciałka, to po właściwym przesadzeniu powstają dwie lalki...
Tak się stało przy poprzednio prezentowanych Neysach z tatuażami.
Swoją drogą, nie wiem, czemu, ale w poprzedniej notce zapomniałam wrzucić zdjęcie plecków, więc
postanowiłam pokazać je tutaj, przy okazji wspomnienia o tatuażach :)
Bohaterką, która je przeżyła będzie MTM Karate, bez wątpienia bardzo wysportowana osobniczka!
[zdjęcie promocyjne]
Owa lalka pozytywnie przebyła operację zmiany ciałka, w wyniku czego straciła swą artykulację i musiała przestać uczęszczać na treningi. Aby ją pocieszyć, postanowiłam podarować jej nowy kolor włosów.
Tym razem nie chciało mi się robić rerootu, więc postawiłam na inne metody.
Przypomniało mi się, że kiedy byłam na kursie kosmetycznym, prowadząca bardzo pilnowała, aby nie używać henny w proszku. Powód był prosty - taka henna potrafiła się rozsypywać w śladowych ilościach, a potem się utleniała na białych, skajowych fotelach, tworząc trudne do usunięcia przebarwienia.
Tak więc, wywnioskowałam, że skoro taką henną można zabarwić sztuczną skórę, to warto sprawdzić możliwe efekty na sztucznych włosach.
Przy najbliższej okazji domowego spa, to, co mi zostało po ciemnieniu własnych brwi, zużyłam na jasnych puklach karateczki.
Henna, jakiej użyłam to sypana brązowa firmy Delia Cosmetics.
Nałożyłam rozrobiony produkt dużym pędzelkiem na długość włosów, przy samej linii włosów użyłam mniejszego. Starałam się nie zabrudzić główki, jednak nie do końca mi się to udało.
Przynajmniej mogę z ręką na sercu napisać, że henna bardzo łatwo ustępuje po zastosowaniu maści Benzacne, zarówno z twarzy, jak i włosów. Owa maść jest szeroko znana wśród kolekcjonerów, ponieważ ratowała już wiele zdobycznych trupków.
Pewnie słyszeliście, że została wycofana i teraz będzie trudno ją zdobyć...
Jako, że cały zabieg odbył się ponad pół roku temu, to niestety, nie pamiętam, ile czasu trzymałam farbę na główce. Do naturalnych włosów wystarczy dziesięć minut (im grubszy włos, tym łatwiej wnika do niego farba). Jednak ze względu na to, że barwiłam włosy sztuczne, które nie mają takiej struktury, to mogłam je umyć nawet po całej dobie.
Następne zdjęcia przedstawiają już wyschnięte włosy i lalkę przed farbowaniem, dla porównania. Jak widać, henna całkiem ciekawie zmieniła włosom odcień, czyniąc je takimi jakby truskawkowymi. W dotyku są one dalej gładkie i sypkie, więc nie ma tego lepkiego efektu, który występuje, przy barwieniu włosów pisakami. Włosy też nie farbują palców i nie widać, by kolor się ścierał pod wpływem dotyku.
Nie udało mi się dobrze wypłukać henny spomiędzy dziurek, ale nie uważam tego za wielką klęskę - mocniejszy kolor przy głowie sprawia wrażenie odrostów i wygląda całkiem realistycznie.
Przepraszam za jakość fotek, ale, kiedy je robiłam, dysponowałam tylko telefonem i słabym światłem. Postanowiłam je tu zamieścić głównie ze względów edukacyjnych! :D
Pod koniec mam kilka zdjęć, które zrobiłam w zeszłym tygodniu, starając się złapać w miarę znośne światło. Jak widać, brak ruchu mocno wpłynął na sylwetkę mojej Barbie.
To tyle z eksperymentów, obiecuję, że przez kilka następnych notek będę już grzeczna.
Pozdrawiam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





