Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 marca 2019

Co tam słychać w starej ekipie?


W poprzednim poście zbierało mi się na smęty, że nie ogarniam swojej kolekcji. Faktycznie, odczuwałam coraz mniej radości z prowadzenia tego zbioru i zaczynałam się gubić w tym, jakie lalki mam, jakie mają odcienie ciałek i jakim zabiegom planowałam poddać którąś z nich.
Głównym założeniem mojego poprzedniego zorganizowania było to, że lalki mają być dla mnie. Gdziekolwiek. W zbiorowych pudłach, torbach, poupychane po szafkach. Kiedy są schowane z zasięgu wzroku, ciężko jest się zorientować, co się ma, bo wystarczy coś schować głębiej i już się zapomina...

Jakiś czas temu, wspólnie z Bliską Mi Osobą, wystosowaliśmy depeszę do odległej krainy Chińczyków, którzy (po zaksięgowaniu odpowiedniego przelewu) postanowili odpowiedzieć wsparciem w postaci czterdziestu plastikowych stojaków. W zeszłym tygodniu karawana dotarła, a ja stwierdziłam, że skoro mam już stojaki, to coś przecież muszą trzymać. I tak oto pootwierałam zbiorcze kartony, każdą zabezpieczoną lalkę wyjęłam z worka foliowego i zaczęłam je ustawiać. Był to bardzo łatwy zabieg, jeśli akurat dysonuje się wolnym pokojem i szafką z pustymi pułkami.

Regał zagarnięty przez Fashionistki

Półka, na której upchnęłam wszystko, co do fasiek nie pasowało...

Na szczęście ja oba te czynniki spełniałam, a mieszkańcy tego pokoju mają w puchatych piórkach to, co będę sobie ustawiać na szafkach. Bylebym dawała jeść, pić, zrywała roślinki i nie narzucała im zbyt mocno swojego towarzystwa :)

Mam nawet cień podejrzeń, że owe beztroskie istotny nawet trochę kontemplują wygląd swojego otoczenia...

Przy okazji pokażę pozostałe lalki, którym przypadła loża w mojej sypialni.

Pozostałe panny i panicze przebywają w domu u rodziców, w większości upchane w szafce, w zgodzie z moimi starymi standardami przechowywania. U siebie w domu wystawiłam wszystkie, o których uznałam, że mogą się jakoś prezentować, ale jest jeszcze trochę lalek czekających na przeróbki. Głównie Monster High, ale z innych firm też się sporo znajdzie :)

Bardzo dużym udogodnieniem tego rozwiązania jest to, że w każdej chwili mogę wejść do pokoju i doświadczyć dużej ilości lalek na raz, nie muszę grzebać po kartonach w poszukiwaniu tej konkretnej i znacznie jest łatwiej porównywać je ze sobą. Obawiam się natomiast wpływu światła i kurzu, bo jednak odpowiednio zapakowane w kartonach były przed tym wszystkim bezpieczne...

Zdaje się, że pisałam coś o nie kupowaniu nowych lalek, ale kto by brał to na poważnie... Przed weekendem przyjechała do mnie następna fashionistka (nr. 107), dumna właścicielka moldu Skipper.

  Panna dość szybko uległa przebraniu, bo jednak raziła mnie jej kolorowa bluza. Pierwszym, co mi wpadło w oko, było jej oko. A właściwie wada w jego malunku...

To, co Mattel robi z jakością swoich lalek było już wiele razy przez wielu z nas pisane. Na pocieszenie mogę zauważyć, że większość tych odprysków znajduje się w punkach, które wystarczy przykryć ciemną farbą. A ja się pędzla nie boję, uff...

Reszta zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, że nie przejmuję się tym okiem. Flock jest dobrze nałożony, a jego ciemna barwa ładnie kontrastuje z rozjaśnianymi włosami.

Bardzo fajny efekt podtrzymuje również ciemny kolor skalpu.

Moja nowa Skipper trafiła w towarzystwo trzech innych panien z tym samym moldem - dwie to fashionistki (w tym jedna o bardzo podobnym stylu, jeśli chodziło o strój i awangardową fryzurę), a trzecia to Patricia Cat Burglar z bajki o tajnych agentkach.


Skipper ma już nawet obiecane ciałko MTM, jednak chwilowo chcę ją jeszcze potrzymać na oryginalnym.

I to na razie wszystko na dziś. Pozdrawiam :)



czwartek, 31 stycznia 2019

Kim po spa


Jak się odgrażałam, tak i zrobiłam: moja Kim już ma zlikwidowany kołtun, dostała nawet sukieneczkę na zmianę stylizacji (jej właścicielka, którą kupiłam używaną, obecnie jest w średnim stanie).

Jakiś czas temu dorwałam nowy wzór okleiny. Zauroczyły mnie te kwiatki i postanowiłam wykorzystać kolejną wolną ściankę, by prezentowała obecną tapetę. Podłogę zabrałam z mojej dioramy i cała konstrukcja do zdjęć mieściła się na stoliczku kawowym, oparta o monitor :D

Wciąż jest mi cieżko zrozumieć, że mam ferie. Przydarzyły się akurat wtedy, kiedy jednak miałam znacznie więcej zapału do tematyki moich zajęć i boję się, że mi przejdzie, jak już minie wolny czas. Jestem bardzo leniwą osobą, która wiecznie odczuwa wyrzuty sumienia, że coś zaniedbuje, więc jak już mam na coś ochotę, to nie mogę tego marnować.  Obecnie czuję coś podobnego do zwątpienia  - dla mnie ta zima trwa już za długo.

W dodatku złapało mnie przeziębienie i choć najgorsze juz mam za sobą, to paskudztwo tym razem uderzyło w oczy. Serio, bolą mnie, sprawiają wrażenie przesuszonych, ale nie są zaczerwienione, ani nic. Korzystanie z komputera ograniczam do minimum, dlatego musicie mi wybaczyć moją chwilowo zmniejszoną aktywność na blogu.

W kolekcji wciąż się coś dzieje. Dotarła do mnie ostatnio kolejna Playline, ale na najbliższy czas postaram się nic nie kupować - co mi po tak szalonej liczbie lalek, skoro osobniczki zrobione tak, bym była zadowolona można policzyć na palcach? Może powinnam bardziej zadbać o infrastrukturę dostępną dla moich rezydentek? W końcu, taki miałam pierwotnie plan - kilka wychuchanych lalek i wszystko dla nich! Nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że ani nie opracowałam sposobu realizacji tych założeń ani nawet nie zorientowałam się, kiedy przekroczyłam pierwszą dziesiątkę...















A na koniec zdjęcie kolczyka z cudownej pary, którą dostałam od swojego Lubego na urodziny... Dwa lata temu. Papużka jest wykonana przez jego własne, zdolne rączki. Nie było to dla niego techniczne wyzwanie, bo na co dzień zajmuje się dłubaniem takich drobiazgów. Ponoć miał problem z samym pomysłem, ale tę sprawę mu nieświadomie ułatwiłam, wysyłając pewien rozczulający filmik znaleziony w sieci...

Oba kolczyki leżą schowane w bezpiecznym miejscu i nie zakładam ich na byle okazje :)






No i filmik na ogrzanie serducha. Pozdrawiam :)

poniedziałek, 19 listopada 2018

Stadko się powiększa

Cześć.

Jest poniedziałek rano, chłód stuka do szyb i zagląda przez okna, po chodniku leniwie snują się dzieciaki do szkoły, a ja już od siódmej rano kręcę się po domu z poczuciem czegoś do zrobienia. Coraz częściej mam wrażenie, że zapomniałam o jakiejś sprawie i nawet nie wiedząc, co właściwie zaniedbałam, czuję się winna, przegrana. Jest to chyba jakiś rodzaj nerwicy, który nie pozwala się skupić, krzyczy do mnie "rób, nie pytaj!", bo nawet, kiedy spytam, nie otrzymam odpowiedzi. Zostało mi ponad godzinę przed wyjściem, a zamiast ją spożytkować, będę się martwić, że tego nie zrobiłam.
Po powrocie będę zbyt zmęczona, by coś zrobić i pójdę spać, wiedząc, że to kolejny dzień, który bezpowrotnie minął. W tygodniu mam siedem takich dni. Smuci mnie, że każdy przynosi takie same wnioski.
Okres jesienno-zimowy zawsze miał na mnie zły wpływ. Zachmurzone niebo, mżawka wisząca w powietrzu, wszechogarniające poczucie chłodu i widok pary unoszącej się z ust. Ludzie chowający się w ciemnych płaszczach i zaszronionych samochodach. Świat, który nie ma koloru.
Dotyczy to również lalek, czyli hobby, które nie zobowiązuje mnie w żaden sposób i nie narzuca żadnych norm, czy obowiązku wypełniania harmonogramu. Zwłaszcza późna jesień jest trudna. Odechciewa się robić zdjęć, odechciewa się kraftować. Trzeba przejść w formę spoczynkową i jedynie pilnować, by ten płomyk fascynacji nie zgasł.

Znam na to sposób. Nic wtedy nie muszę robić. Wiem, że to droga na skróty, ale wiem, że to jest również ustępstwo, na które mogę się zgodzić. Prezent, który zrobię sobie sama.
Wystarczy rozpakować nową lalkę :)


Nie wiem, czy tylko  ja mam takiego pecha, ale ponoć już od jakiegoś czasu są dostępne nowe fashionistki. Nie wiem, na ile to prawdziwa informacja, ponieważ nie mam dostępu do wszystkich sklepów. Tam, gdzie już byłam, wyglądało, jakby czekano na dostawę. Od kilku tygodni, bo z poprzednimi fashionistkami też było słabo. Internety? Amerykanosa nie zaliczę do "sklepów w Polsce".
Trochę czułam się rozdrażniona, a trochę zdesperowana. Jak to już są, a ich nie ma?
Jest tam kilka jednostek, których mocno wyczekuję(Daya w szarej bluzie i z żółtymi pasemkami, grubsza Carnaval, czy Skipper w lawendowej koronce!).

Póki zostały poza moim zasięgiem, zaczęłam się przyglądać tym, które są łatwo dostępne. I coraz bardziej się przekonywać. Może jednak jakąś jeszcze wybiorę? No bierz, później ich nie będzie. Przecież każda to jakiś ciekawy pomysł.


No i mam. Pierwszym ciekawym pomysłem była śniada wersja Raquelle na ciałku orginal. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym, że jej trójkątna twarz, wydatne kości policzkowe, czy stosunkowo małe oczy o bystrym wyrazie będą tak ciekawie współgrać z ciemną karnacją. A wyszła z tego całkiem sympatyczna dziewczyna, ubrana skromnie, ale jak najbardziej atrakcyjnie, z tylko subtelnymi przebłyskami wskazującymi przebojowy charakter.

Nawet spodziewałam się że, oba ubranka są ze sobą zszyte, by stworzyć całość, a okazało się, że spokojnie można te elementy rozdzielić, by skomponować inną stylizację. Jeansowa sukienka jest wygodna przy wkładaniu, ponieważ rzep został wszyty po całej jej długości. Obszycia wykonane z białej nici, kieszenie co prawda tylko narysowane, ale narysowane ściegiem z maszyny, a nie naprasowanką z farbą.

 Buty to odlew, który pamiętam ze starszego wypustu rej serii, ale mają kojącą, pudrową barwę, współgrającą z koszulką.





Ciekawe jest to, że przez na pozór spokojnie upięte, kasztanowe włosy przezierają się pukle w miętowym kolorze. Tak na prawdę cała główka jest rootowana w tym odcieniu, a kasztan idzie tylko przez krawędzie skalpu. Z tego powodu nie chcę jej zmieniać fryzury i nawet boję się odpinać okulary. Boję się, że w rozpuszczonych włosach już jej nie będzie tak dobrze. Na razie nie mam parcia, by ją przekładać na inne ciałko. Po zebraniu moich lalek w jedno miejsce, stwierdziłam, że artykułowanych panien z ciekawymi główkami mam już bardzo dużo i będę ten zabieg fundować tylko w wyjątkowych sytuacjach. Ta Raquelle podoba mi się w takiej wersji, jak już teraz jest.

A, żeby życie miało smaczek, wlazłam na Allegro z radosną myślą "A może kupię sobie jakiegoś Murzyna?" I tak oto dwa dni później wyjęłam tego tutaj pana z paczkomatu.
Niby panowie z moldowanymi włosami mieli mnie nie interesować, ale jakoś nie mogłam się oprzeć tym rzeźbionym warkoczykom. W dodatku, w Winylowym jest znaczna przewaga płci pięknej, a nawet Will, mimo swych chęci, nie zaopiekuje się wszystkimi damami. U mnie panowie powinni mieć swoje haremy :)


Po przegrzebaniu internetu dowiedziałam się, że obecną nazwą dla tego moldu jest AA Cornrows. Lalek jest ubrany na pozór grzecznie, biała koszula, krawat, szare, długie spodnie... I srebrne, ćwiekowane tenisówki!!!111oneone 

 Oszalałam, jak zobaczyłam, co ma na butach, taki facet z charakterem, co ma stopy przebrane za jeże. Wydawało się, że jedynym pazurkiem u niego jest ciekawa fryzura.

 Mam jednak obiekcje do ust. Na zdjęciach wyglądają dobrze, ale na żywo, mój nowy mężczyzna ma jakby żabie wargi. Chyba są namalowane trochę za wysoko, przez co wychodzą ponad linię ust. Muszę je zmyć, bo co na niego patrzę, to chce mi się śpiewać, że "w wannie już pływa świąteczny karp"... A do świąt to jeszcze chwila.


Lalek jest posadzony na ciałku o standardowej posturze Kena. Ręce i nogi odchylają się na boki, ale znacznym minusem jest brak możliwości przekręcania główki do góry i do dołu. Trochę mnie to rozczarowało, bo jest to kolejna oszczędność, która ogranicza dzieciom zabawę, a mi utrudnia wydobycie z lalki odpowiedniej pozy do zdjęć. Zwłaszcza zdjęć z historyjkami, które kiedyś robiłam i zamierzam nadal robić. 

Ciekawe, jak długo Mattel będzie nam odejmował, aż w końcu stwierdzi, że ludzie jakoś mało kupują, więc będzie okrajał jeszcze bardziej? Czy ja i inni ludzie powinniśmy porzucić Barbie, bo producent sobie z nas kpi? Porzucić tak ważną dla mnie gałąź kolekcjonerstwa? Coraz częściej mam na to ochotę, a jednak wciąż lgnę i przełykam ochłapy, bo mam nadzieję, że to tylko tymczasowy kryzys.
-Witam w Winylowym Orszaku. Bierz kwiaty i leć na podryw!
Na szczęście, mój król artykulacji zaakceptował nowego lokatora.



Swoją drogą, kupowanie nowych lalek to tylko pretekst. Tak na prawdę potrzebowałam przezroczystego plastiku, a ten najlepszy jest z lalkowych opakowań. Ale do czego, to napiszę innym razem :)


Pozdrawiam.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Przerywnik świąteczny



Święta, święta... Jeszcze trwają. Teraz już, gdy Sobota minęła, a według wierzeń Jezus zmartwychwstał, mogę z pełną radością życzyć wszystkim dobrym duszom, czego by tylko zapragnęły. Zawsze podchodziłam z dystansem do życzeń składanych w Piątek i Sobotę. Może i z religią jestem lekko na bakier, ale konsekwencja powinna być zawarta we wszystkim. Zwłaszcza w wierze i poglądach.
To teraz zobaczcie. Jezus ukrzyżowany, składają go do grobu, nastroje ponure, pełne żalu i bezradności "dla Jego bolesnej męki". Aż tu nagle przychodzi sms z radosnym wierszykiem o kolorowych jajeczkach... Jakby to nie na zmartwychwstaniu zależało. Wielkanoc to bardzo pozytywne święto, ale przygotowania do niego mają nas prowadzić przez choćby symboliczną mękę (i nie mówię o tym całym gotowaniu, sprzątaniu i kłóceniu się). Święta trzeba rozumieć. Nawet nie trzeba nic szukać, wystarczy poświęcić chwilę na zastanowienie się. Jeśli ktoś obchodzi te święta, to ma czas, by pomyśleć. Zwłaszcza, że obciążone brzuchy na wiele innych czynności nie pozwalają ;)

A jako wesoły akcent zamieszczam zdjęcie baranka, który nie przetrwał podróży z Londynu, choć był zabezpieczony w walizce. Naprawianie czekoladowych figurek mi nie wychodzi, widać cukiernikiem nigdy nie będę. Skleiłam twarz, ok, ale w międzyczasie... stopiłam głowę. Z lalkami jednak idzie mi lepiej... :D

 Operacja się udała, pacjent nie przeżył.

Chciałam dziś zrobić porównanie męskich ciałek, ale uznałam, że mamy teraz dość jajowe święto. A, jak wiadomo, playlineowi faceci tych jaj przecież nie mają.

Tak więc, żeby już było oficjalnie. Wyciągnijmy z tych świąt tyle dobra, ile jesteśmy w stanie unieść. Niech będą dla nas oderwaniem od trudów codzienności, pomogą naładować baterie i ulotnią wszystkie poprzednie niesnaski i porozumienia. Cieszmy się, radujmy, jedzmy. A potem żyjmy długo, szczęśliwie, w zdrowiu i dostatku.