Pokazywanie postów oznaczonych etykietą descendants. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą descendants. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2020

Lonnienka z okienka

Czas leci i leci, a ja nie mam siły, by wrzucać tu zdjęcia. Chyba przytłacza mnie ich ilość, powtarzalne czynności i poczucie zagubienia, bo już nie wiem, co wrzuciłam, a czego nie. Albo, które lalki nie doczekały się żadnej sesji.

Dzisiaj, po wielu dniach spędzonych w czyśćcu komputerowym, zaprezentuje się Lonnie z serii Descendants. Mało tu uwagi poświęcam tym lalkom, mimo, że bardzo je lubię, a ich ciałka stanowią świetną bazę dla większości główek od Hasbro. Kiedyś myślałam, że lale z Ralpha Demolki będą tym moim bajkowym ideałem: lekko nierealistyczne proporcje + artykułowane ciałka, no, ale po rozpakowaniu takiej lalki okazało się, że jej artykulacja to atrapa. Nadal nie rozumiem celu robienia stawów, które tylko wyglądają, jak stawy, ale się nie ruszają... No cóż. w każdym razie, Descentki jeszcze nie zostały zdetronizowane przez żadną linię.

Lonnie trafiła do mnie w stanie średnio udanym. Wypatrzyłam ją na jednym ze stoisk, podczas kiermaszu, na który wyciągnęła mnie Naomiaoi. Lalka była rozczochrana, a jedyne jej odzienie stanowiła niebieska sukienka. Resztę musiałam dołożyć sama, skupiając się na nowej wizji.

Zdjęcia zrobiłam jak był ten mało widowiskowy etap wiosny - nie było sensu wychodzić do ogródka, który wyglądał właściwie tak samo, jak w zimie. Za to skorzystałam z otwartego okna.













No i tyla. Papaty :)

niedziela, 3 listopada 2019

Księżniczki z serii Ralph-Demolka

Witajcie.
Tym razem wrzucam lalki, odnośnie których ogarnął mnie popłoch - byłam przekonana, że nasz kraj ominie ich dostępność i całkowicie dałam się zaskoczyć informacją o ich obecności w sklepach! Nie miałam czasu na przygotowanie się, czy rozplanowanie wydatków. Czułam się tym bardzo przytłoczona, bo musiałam je mieć już, natychmiast.

Na szczęście mogłam sobie pozwolić na lekką zmianę priorytetów :).
Gdy już udało się wyczekać koniec zajęć, ruszyłam zostawiając po sobie kurz i mgliste wspomnienie własnej obecności - sama już prawie znajdowałam się w markecie i szukałam najlepszej wersji tego dwupaku ;)

(Dla spragnionych i ciekawskich informuję, że w drugiej połowie wpisu będzie trochę golizny.)


Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że postacie o proporcjach nieco mniej realistycznych niż Barbie bardzo mi się podobają. Mówię o tworach takich jak Descendants, MGa, czy choćby moja hybrydkowa Roszpunka. Pojawienie się artykułowanych księżniczek Disneya (no już trudno, że współczesnych) było dla mnie dość sprzyjającą okolicznością.

Ze względu na to, że lalki sprzedawane są w dwupakach, nie było łatwo wybrać. Każda księżniczka, która mnie intrygowała, była w parze z taką z trochę mniej udanym projektem. Na razie trafiło na Annę i Elsę, ale z pewnością będę polować na Roszpunkę, Meridę, Pocahontas... Jednak po otwarciu swojego pudełka zrozumiałam, że z następnymi zakupami lepiej poczekać - nie są one warte swojej obecnej ceny (w dniu zakupów 120zł, regularna cena w sklepach to teraz ~150zł).

Są zrobione możliwie tanio. Największym rozczarowaniem była skóra Elsy o lekko różowym zabarwieniu. Nawet w dotyku ta główka nie różni się od gumy chińskich podróbek.

Nawet znalazłam łysinę pod warkoczem. Niby nie jest to miejsce bardzo istotne, przy prezentowaniu się lalki, ale jakbym chciała bardziej narzekać, to mam powód. Dodatkowo, włosy są słabej jakości, mają tendencję do kołtunienia i wątpię, by ładnie się regenerowały we wrzątku.

Drugim oszczędzającym zabiegiem jest wykonanie ubranek. O ile na ciekawy wygląd projektu nie można narzekać, to nie ulega wątpliwości próba zaoszczędzenia. W każdym dwupaku jedna lalka jest ciekawie ubrana, a druga ma długą bluzkę + leginsy, według tego samego wykroju. Oprócz tego, dodatki rozdzielone miedzy księżniczki dublują się.



 Co mnie nie zdziwiło po piratce z Następców, kraciasta koszula Anny jest zszyta z czarną bluzką.


Następnym (i najbardziej irytującym) mankamentem jest projekt ciałka. Nie miałam wielkich nadziei, ale spodziewałam się, że jego możliwości będą chociaż przyzwoite. Tymczasem Hasbro zmarnowało siły na projekt nowego ciałka, z nowym stawem łokciowym wymagającego jakiegośtam dodatkowego etapu na hali produkcyjnej, tylko po to, żeby ten łokieć ledwo się zginał.

 No patrzcie, jak wiele obiecuje ten staw kulkowy!

A oto wyżyny jego możliwości...

 Same ubranka całkiem fajnie się sprawdzają na lalkach z innych serii o podobnych proporcjach. Jest nawet sporo możliwości, jeśli chodzi o podmienianie butów.





 Jeśli chodzi o porównanie z pierwowzorami postaci, to jest spora rozbieżność. Współczesna Elsa podoba mi się mało, ale jest to spowodowane skumulowaniem się elementów jakości wykonania. Na tym zdjęciu mocno rzuca się w oczy płaskość malunku oczu.

 Za to przy Ankach Ralphowa wersja wygląda na bardziej żywą i sympatyczną. Po prostu ma o wiele bardziej udaną buźkę niż Elsa. Nawet ten przygaszony kolor włosów wydaje mi się świetnym smaczkiem.

 Jako, że są to dość świeże lalki na rynku, pokusiłam się na to, żeby je rozebrać, porównać i podzielić się wrażeniami. Na fotkach porównawczych brakuje ciałka EAH, bo nie miałam takiego pod ręką, ale zapewniam, że jest ono smuklejsze od Ralphówien. 

Od lewej mamy: Elsa Ralph, Jane Descendants, Camryn MC2 i Silvi Timberwolf MH (wersja reboot).



 Na tym zdjęciu widać, jak bardzo Elsa jest w tyle ze swoimi możliwościami.

 Przy kolanach też jest w tyle, ale jeszcze nie wygląda to źle.


A teraz ostatni smaczek, czyli Anka w sukience MC2. Strasznie spodobało mi się to połączenie, więc zrobiłam kilka zdjęć.

 


I to wszystko na dziś. Jestem ciekawa, co sądzicie o tej serii i czy ktoś jeszcze zaprosił jej przedstawicielki do siebie. 

Pozdrawiam :)

środa, 9 października 2019

Zaległości z lata

Cześć.
Witam po kolejnej samowolnej przerwie. Znowu traktuję bloga po macoszemu. Właściwie to nawet gorzej, niż macocha, bo taka, chociaż bez czułości, jednak zapewnia jakieś minimum bytowe. Ja natomiast nie zaglądałam tu od dłuższego czasu, więc gdyby mój blog był jakimś istnieniem organicznym, to by umarł. Tu zdecydowanie dostrzegam plusy czegoś, co nie ucierpi zbytnio po zaniedbaniu i w radości znajduję moment, w którym mogę chociaż pokazać, że sama gdzieś tam sobie żyję...

To lato było dla mnie umiarkowanie dobre. Większość wydarzeń była pozytywna, tudzież miła i nie przynosiła gorszych konsekwencji, ale doświadczyłam pewnej katastrofy, która odsunęła mnie na chwile od sieci. Spalił mi się komputer. Nie to, żeby chociaż były przy tym jakieś płomienie i wybuchy, bo wtedy przynajmniej miałabym ciekawsze wspomnienia, ale po prostu przestał działać. Stara dobra Siódemka Windowsa nie mogła sobie poradzić ze swoim istnieniem i po kolejnej nieudanej próbie "naprawienia błędu" odcięłam źródło zasilania, by dać ostygnąć... Na wieki.
Po otwarciu pacjenta okazało się, że płyta jest sfajczona, a pasta termoprzewodząca już dawno przestała spełniać swoją funkcję. Przy jednostkach stacjonarnych takie elementy da się zastąpić nowymi, ale już w przypadku ośmioletnich laptopów nie są to działania, których warto się podejmować.

A więc uczcijmy pamięcią mojego starego Asusa NV-cośtam-cośtam-61. To był dobry komputer.


[*]


No dobra. Ale bez komputera byłam zaledwie dwa tygodnie. I nawet robiłam w tym czasie zdjęcia, tylko ich nie obrabiałam. Nie ma dla mnie więcej usprawiedliwień :)

Dzisiaj zamieszczę tylko namiastkę. Owym lalkom zamierzam poświęcić głębszą uwagę w osobnych wpisach, ale nie wytrzymię, jeśli jednak nie pokażę chociaż zajawki.

Roszpunki.


Roszpunka jest tworem powodowanym przez moją wybredność względem Roszpunek obecnych na rynku: Mattelowskich, DS-owskich i tych od Hasbro - żadna z nich nie jest w stanie ująć postaci z bajki, chociaż taki był cel ich powstania. Nie twierdzę, że hybryda, którą utworzyłam, jest od nich lepsza. Po prostu bardziej spełnia moje oczekiwania. Marzyła mi się panienka o cechach bardziej odpowiadających oryginałowi - żeby miała tak samo nosek zadarty, filigranową sylwetkę i nieco dłuższe włosy o żywszym odcieniu. Pasm w odpowiednim kolorze nie znalazłam, ale żarówiasty żółty bardziej mi odpowiada, niż blada słoma, w dodatku mogę sobie wmawiać, że moja Raszpla jest czymś spomiędzy wersji i z bajki i z serialu. Do pełni szczęścia pozostaje mi jeszcze zorganizowanie sukienki i docelowych ozdób do włosów. W przyszłości rozważę również repaint.


Owe zdjęcia są efektem ubocznym ukulturalniania się w szanownym towarzystwie innych lalkowych pasjonatek: Inki i Zbieraczki Dziwaczki. Po zaliczeniu wystawy w pobliskim muzeum, kiedy już wszyscy zdążyli nabrać myśli, że jesteśmy porządne i normalne, nasze kroki skierowały się na plac zabaw, aby rozwiać wszelkie pozory. Lalki wyszły nam z toreb i zaatakowały otoczenie. Roszpunka zupełnie podświadomie zajęła wieżę i zaczęła odgrywać swoją rolę uwięzionej, co natychmiast poskutkowało znalezieniem się chętnego na księcia.

-Raszplo, daj no dreda!
-A mieszkanie to masz?
-Uuu, ciężko w tych czasach o mieszkanie.
-A samochód masz?
-Uuu, ciężko o samochód.
-To i o dreda może być ciężko.*



Kiedy już wywiad z nowopoznanym ujawnił jego brak zdolności kredytowych, obie strony grzecznie sobie podziękowały za znajomość, pozostawiając jedynie we wspomnieniach owe szaleństwo tamtych przelotnych chwil...


Następnym moim łołakiem jest Merida. Merida się obeszła bez rerootu i zaliczyła jedynie przeszczep całej głowy (albo całego ciała, zależy, z której strony to rozstrzygać). Włosy zakręciłam na drucikach, co spowodowało chaos na głowie, będący średnio estetycznym, ale zdecydowanie pasującym do jej kreacji.


Specjalnie do tego projektu nabyłam trupka, aby nie wprowadzać ingerencji w moją pierwszą Meridę (taką prosto z pudełka). Stąd ślady długopisu w kącikach ust, za które jeszcze się nie zabrałam. Na pocieszenie mogę wspomnieć, że w przypadku Walecznej włosy od Disney Store bardzo ładnie współpracują z wrzątkiem i odżwką.


Pewnie niekoniecznie widać, ale największą ingerencją było przydzielenie jej grubszego ciałka mtm. W końcu Merida w bajce była lekko przy kości. Po tej zmianie musiałam się postarać o poszerzoną wersję sukienki, i - ta dam! - oto pseudosukienka, którą uszyłam na maszynie. Jest to wersja uproszczona, bo akceptuję swoje lenistwo i umiem znajdować kompromisy w moich możliwościach krawieckich :)




Kolejne zdjęcia to to, co przypadkowo cyknęłam Dziewczynom - to już nie moje lalki. Bardziej byłam skupiona na macaniu ich, niż uwiecznianiu na zdjęciach. Tym bardziej, że średnio miałam wenę na sesję, co widać wyżej.


Dzidzia Gugu


Piękne, inkowe modelki



I to, co było do omacania przez naszą trójkę :)


Pozdrawiam i do następnego.



*Nawiązanie do skeczu z Kabaretu Potem "Narzeczony". Kto nie widział i lubi mój poziom poczucia humoru, to polecam.