Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fashionistas 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fashionistas 2018. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 kwietnia 2019

Otwieram...

Czasami, gdy jeżdżę do rodziców, mój wzrok pada na pobocze, gdzie mijam nowy sklep z zabawkami. Nigdy nie miałam okazji się tam zatrzymać, bo albo daleko przystanek i nie chce mi się iść, albo mam za mało czasu, by móc nieco zboczyć z drogi. Niby w małych sklepikach można czasem znaleźć perełki, ale jakoś średnio się łudzę, by w dystrybucji Mattela na polski rynek było coś więcej, niż oferty widziane choćby na allegro... Owy sklepik ma cudowny napis, który ma zachęcić klientów do odwiedzin, a mianowicie:
 

"ZABAWKI! JUŻ OTWARTE!"

No, więc zamysł reklamy, aby zapadała w pamięć, został osiągnięty. Efektem ubocznym tego hasła są głupie skojarzenia z uszkodzonymi opakowaniami ;)

W międzyczasie udało mi się znaleźć na allegro wymarzone przeze mnie lalki. Przyjechały nowe, w pudełkach, jeszcze nie śmigane.
Miałam ambicję, żeby posprzątać część domu przed rozpakowaniem ich. Byłam ciekawa siły swojego lenistwa i okazało się, że umiem wytrzymać lekko ponad tydzień bez radości wyciągania nowej lalki. Motywację do sprzątania zwiększyło pojawienie się trzeciego pudełka. Koniec końców, nadszedł czas, aby zrobić sobie dzień dziecka.

Pierwszą i najkrócej siedzącą u mnie lalką, była Skipper z afro na ciałku petite, znana szumnie, jako Fashionistas #93. Już od dawna czaiłam się na nią, a głównym powodem mojego zainteresowania była koronkowa sukienka w lawendowym kolorze. Pojawienie się samej lalki traktowałam raczej jako efekt uboczny mojego zakupu - i dobrze, bo bym się znowu rozczarowała :)

Patrzcie na buzię! Nie jest źle?

A teraz?!

Makijaż swoje, a mold swoje. Jest to kolejna lalka, która ma na twarzy aż cztery kąciki ust. Nie chciałam już pisać o gryzącym w oczy kolorze szminki. Nawet po zobaczeniu zdjęcia promo, wiedziałam, że będę potrzebowała ją zmyć. Dodatkową wpadką projektu tego modelu, jest nadruk rumieńców - dokładnie w tym samym kolorze, co skóra lalki, idealnie okrągłych i błyszczących się. Przy odpowiednim ustawieniu dość widocznie odcinał się od twarzy.

Ze względu na usta, miałam ją pieszczotliwie nazywać Piggy, ale przez owe policzki mam coraz częstsze skojarzenie z jakimś potwornym klownem. Chyba muszę sięgnąć po zmywacz znacznie szybciej...


Z daleka nie jest jeszcze tak (strasznie) koszmarna...

Może nawet stworzyć pozory sympatycznej lalki.

Ma też ciekawą fryzurę i miękkie włosy.

Buty to klapki na obcasie. Nie widziałam jeszcze takiego odlewu. Nie mają zabezpieczenia na pięte, ale są na tyle ciasne, żeby nie spadały same z nogi. Prawdopodobnie to do nich miała pasować szminka.

Dodatkowym fantem są całkiem ładne okulary. Niestety, ja swoim zdarłam trochę srebrnej farby podczas zdejmowania ich z lalki.

Najbardziej jestem zadowolona z sukienki, którą musiałam jak najszybciej zabrać :)

Nowa Skipper - stara Skipper. Oceńcie sami :)


Następną uwolnioną była pieguska. Fashionistas nr. 108. Charakterystyczną cechą lalki są piegi obecne nie tylko na twarzy (te naniesione przez nadruk), ale również wtopione w plastik, z którego wykonane jest ciałko. Na buzi też jest trochę piegów niezależnych od makijażu, jednak nie znalazłam ich np. na skalpie. Zapewniam, że poza tym, lalka ma piegi wszędzie, również na majtkach!

Warto też zwrócić uwagę na bardzo udany malunek oka - rzęsy są różnej długości i dają dość realistyczny efekt.

Ubranie to element, który najmniej mi się podoba. Za sukienkę robi prostokątny, sztywny fragment materiału, zapinany z tyłu na całej długości. Przypomina mi sukienkę z szelkami od innej fashionistki (tym razem z moldem Raquelle i zielonymi pasmami włosów).

Natomiast, buty ma genialne. Zarówno, jeśli chodzi o kolor, jak i typ obuwia. Nosiłam kiedyś bardzo podobne, również zielone, tym bardziej ich widok wywołuje u mnie miłe uczucia.

W formie dodatku dostajemy nerkę. Wreszcie coś innego, fajnie. Ma ona nawet funkcję regulacji paska, z tyłu jest zapinany na trzy dziurki.

Włosy są w lekkim nieładzie, ale za to ich kolor świetnie pasuje do urody i karnacji.

Nie mogłam się oprzeć i musiałam zebrać z obu zestawów to, co najlepsze. Pieguska wygląda, jakby była stworzona do tej sukienki, a różnica rozmiarów nie jest tu zbyt widoczna.

Mam ochotę zabrać ją w jakieś kwiaty.

Ostatnia na wolność załapała się grubinka z okazałym afro, Fashionistas nr. 105.
Pierwsze, co się rzuca w oczy, to jasny kolor szminki. Zaskakujące jest to, że w tym przypadku mnie on nie razi. Niby też jest efekt czterech kącików ust, ale zapewniam, że na żywo ten makijaż niczym mnie nie raził. Jedynym moim wrażeniem, jest przekonanie o pięknie tej twarzy :)


Świeżo po wyjęciu z pudełka lalka może pozować do plażowych sesji - dając iluzję mocnego wiatru w plecy.

Włosy są przyjemnie miękkie i podatne na ugniatanie. Dzięki tym zabiegam można było dość szybko nadać im pożądany kształt.




Złote kolczyki-koła idealnie pasują do stylizacji tej lalki. Chyba nigdy ich nie wyjmę.

Buty - rodzaj tenisówek, tym razem na ciut większą stopę.


Sukienka jest z elastycznego materiału. Nie ma żadnego zapięcia, trzeba zdejmować ją przez tułów. Wydaje mi się, że nie będzie to zbyt dużym utrudnieniem. Bardzo podoba mi się jej fason, oraz wyrazisty wzór, który dodatkowo podkreśla krągłą figurę lalki. I czyni ją jeszcze bardziej atrakcyjną.

Na koniec moje wszystkie lalki z tak mocno kręconym typem włosów.

Jakie mam wrażenia z tych zakupów? Jestem zadowolona. Najsłabszym ogniwem jest buzia lawendowej Skipper, jednak jej sukienka jakoś mi to wynagradza. Ma też fajne włosy, a to wydaje mi się nawet ważniejsze, niż makijaż, który mogę łatwo zmienić. Pozostałe dziewczyny są dla mnie całkowicie udane i to one przyniosły mi najwięcej radości. Bardzo cieszy mnie też to, że te trzy lalki są bardzo trudne do znalezienia w sklepach (za jedną z nich zjeździłam nawet pół Warszawy). Ostatecznie udało mi się je znaleźć w internetach, więc, jeśli ktoś ich szuka w Polsce to zalecam regularne przegrzebywanie ofert. Dzięki tym łupom wciąż mam nadzieję, że jeszcze uda mi się zdobyć rockową Dayę (fashionistas nr. 87)... Gdyby ktoś na nią trafił, to proszę dać mi znać ;)



Pozdrawiam :)

środa, 13 marca 2019

Co tam słychać w starej ekipie?


W poprzednim poście zbierało mi się na smęty, że nie ogarniam swojej kolekcji. Faktycznie, odczuwałam coraz mniej radości z prowadzenia tego zbioru i zaczynałam się gubić w tym, jakie lalki mam, jakie mają odcienie ciałek i jakim zabiegom planowałam poddać którąś z nich.
Głównym założeniem mojego poprzedniego zorganizowania było to, że lalki mają być dla mnie. Gdziekolwiek. W zbiorowych pudłach, torbach, poupychane po szafkach. Kiedy są schowane z zasięgu wzroku, ciężko jest się zorientować, co się ma, bo wystarczy coś schować głębiej i już się zapomina...

Jakiś czas temu, wspólnie z Bliską Mi Osobą, wystosowaliśmy depeszę do odległej krainy Chińczyków, którzy (po zaksięgowaniu odpowiedniego przelewu) postanowili odpowiedzieć wsparciem w postaci czterdziestu plastikowych stojaków. W zeszłym tygodniu karawana dotarła, a ja stwierdziłam, że skoro mam już stojaki, to coś przecież muszą trzymać. I tak oto pootwierałam zbiorcze kartony, każdą zabezpieczoną lalkę wyjęłam z worka foliowego i zaczęłam je ustawiać. Był to bardzo łatwy zabieg, jeśli akurat dysonuje się wolnym pokojem i szafką z pustymi pułkami.

Regał zagarnięty przez Fashionistki

Półka, na której upchnęłam wszystko, co do fasiek nie pasowało...

Na szczęście ja oba te czynniki spełniałam, a mieszkańcy tego pokoju mają w puchatych piórkach to, co będę sobie ustawiać na szafkach. Bylebym dawała jeść, pić, zrywała roślinki i nie narzucała im zbyt mocno swojego towarzystwa :)

Mam nawet cień podejrzeń, że owe beztroskie istotny nawet trochę kontemplują wygląd swojego otoczenia...

Przy okazji pokażę pozostałe lalki, którym przypadła loża w mojej sypialni.

Pozostałe panny i panicze przebywają w domu u rodziców, w większości upchane w szafce, w zgodzie z moimi starymi standardami przechowywania. U siebie w domu wystawiłam wszystkie, o których uznałam, że mogą się jakoś prezentować, ale jest jeszcze trochę lalek czekających na przeróbki. Głównie Monster High, ale z innych firm też się sporo znajdzie :)

Bardzo dużym udogodnieniem tego rozwiązania jest to, że w każdej chwili mogę wejść do pokoju i doświadczyć dużej ilości lalek na raz, nie muszę grzebać po kartonach w poszukiwaniu tej konkretnej i znacznie jest łatwiej porównywać je ze sobą. Obawiam się natomiast wpływu światła i kurzu, bo jednak odpowiednio zapakowane w kartonach były przed tym wszystkim bezpieczne...

Zdaje się, że pisałam coś o nie kupowaniu nowych lalek, ale kto by brał to na poważnie... Przed weekendem przyjechała do mnie następna fashionistka (nr. 107), dumna właścicielka moldu Skipper.

  Panna dość szybko uległa przebraniu, bo jednak raziła mnie jej kolorowa bluza. Pierwszym, co mi wpadło w oko, było jej oko. A właściwie wada w jego malunku...

To, co Mattel robi z jakością swoich lalek było już wiele razy przez wielu z nas pisane. Na pocieszenie mogę zauważyć, że większość tych odprysków znajduje się w punkach, które wystarczy przykryć ciemną farbą. A ja się pędzla nie boję, uff...

Reszta zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, że nie przejmuję się tym okiem. Flock jest dobrze nałożony, a jego ciemna barwa ładnie kontrastuje z rozjaśnianymi włosami.

Bardzo fajny efekt podtrzymuje również ciemny kolor skalpu.

Moja nowa Skipper trafiła w towarzystwo trzech innych panien z tym samym moldem - dwie to fashionistki (w tym jedna o bardzo podobnym stylu, jeśli chodziło o strój i awangardową fryzurę), a trzecia to Patricia Cat Burglar z bajki o tajnych agentkach.


Skipper ma już nawet obiecane ciałko MTM, jednak chwilowo chcę ją jeszcze potrzymać na oryginalnym.

I to na razie wszystko na dziś. Pozdrawiam :)



piątek, 11 stycznia 2019

Daya w styczniowej prozie

Cześć. Na dzisiaj mam trochę więcej zdjęć.
Pora przejściowa jest dla mnie dość łaskawa, jeśli chodzi o dostęp światła. Jako, że mam okna tylko od zachodniej strony, to nigdy nie będzie z tym idealnie, ale staram się tym za bardzo nie martwić.

Co poza tym? Samo życie. Lalki przyjeżdżają, chociaż miałam trochę z nimi przystopować, to wciąż pojawia się model, który "muszę już mieć". Tym bardziej, że później pewnie nie będzie. A ciężko oszacować, których Barbie zabraknie w sklepie szybciej...

Ostatnio odkryłam, że na przykład mtm piłkarki z moldem Kassandra już nie ma dostępnej. A szkoda, bo ochotniczek na przeszczep ciałka w takim kolorze Mattel serwuje wciąż dużo. Tak więc, jadę na ostatkach i stwierdziłam, że Blorange (nazywana często J.Lo) nie satysfakcjonuje mnie aż tak i poświęciłam ją dla innej fashionistki - Dayi.


 Daya jest jednym z nowych moldów, za którym szaleję. Pojawił się już w kilku odsłonach, ale jedna wersja, na którą nie mogę trafić w sklepach (nr 87). Pisałam już o tej swojej tęsknocie i chyba faktycznie nie wytrzymam i ją zamówię z zagranicy...












Nie jest to jedyna panienka o tym pyszczku, którą upolowałam. Jak wiecie, lubię skrajności w odsłonach między przedstawicielkami tego samego moldu. Gdy zobaczyłam zdjęcie promocyjne w sieci, już doskonale wiedziałam, na co polować.



 Zdjęcie promocyjne



Jest to przedstawicielka taniej linii playline You Can Be Anything. Nigdy wcześniej nie celowałam w przedstawicielki tego pokroju. Przede wszystkim interesowały mnie lalki z linii poświęconych modzie, ponieważ tam mogłam trafić albo na bardzo ładne buzie, albo fajne ciuchy.



 Z cichej przewrotności przebrałam ją w ubranko od Dayi prezentowanej wcześniej. :)



Bardzo się cieszę, że do mnie przyjechała i nawet nie posiada wad w makijażu, o których pisałam niedawno przy Carnaval świątecznej. Z główki jestem bardzo zadowolona i mam w planach zrobić przeszczep. Jak się uda, to poświęcę jej jeszcze czas.




A na koniec obie lalki razem. Pozdrawiam!