Pokazywanie postów oznaczonych etykietą made to movie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą made to movie. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2019

Zaległości z lata

Cześć.
Witam po kolejnej samowolnej przerwie. Znowu traktuję bloga po macoszemu. Właściwie to nawet gorzej, niż macocha, bo taka, chociaż bez czułości, jednak zapewnia jakieś minimum bytowe. Ja natomiast nie zaglądałam tu od dłuższego czasu, więc gdyby mój blog był jakimś istnieniem organicznym, to by umarł. Tu zdecydowanie dostrzegam plusy czegoś, co nie ucierpi zbytnio po zaniedbaniu i w radości znajduję moment, w którym mogę chociaż pokazać, że sama gdzieś tam sobie żyję...

To lato było dla mnie umiarkowanie dobre. Większość wydarzeń była pozytywna, tudzież miła i nie przynosiła gorszych konsekwencji, ale doświadczyłam pewnej katastrofy, która odsunęła mnie na chwile od sieci. Spalił mi się komputer. Nie to, żeby chociaż były przy tym jakieś płomienie i wybuchy, bo wtedy przynajmniej miałabym ciekawsze wspomnienia, ale po prostu przestał działać. Stara dobra Siódemka Windowsa nie mogła sobie poradzić ze swoim istnieniem i po kolejnej nieudanej próbie "naprawienia błędu" odcięłam źródło zasilania, by dać ostygnąć... Na wieki.
Po otwarciu pacjenta okazało się, że płyta jest sfajczona, a pasta termoprzewodząca już dawno przestała spełniać swoją funkcję. Przy jednostkach stacjonarnych takie elementy da się zastąpić nowymi, ale już w przypadku ośmioletnich laptopów nie są to działania, których warto się podejmować.

A więc uczcijmy pamięcią mojego starego Asusa NV-cośtam-cośtam-61. To był dobry komputer.


[*]


No dobra. Ale bez komputera byłam zaledwie dwa tygodnie. I nawet robiłam w tym czasie zdjęcia, tylko ich nie obrabiałam. Nie ma dla mnie więcej usprawiedliwień :)

Dzisiaj zamieszczę tylko namiastkę. Owym lalkom zamierzam poświęcić głębszą uwagę w osobnych wpisach, ale nie wytrzymię, jeśli jednak nie pokażę chociaż zajawki.

Roszpunki.


Roszpunka jest tworem powodowanym przez moją wybredność względem Roszpunek obecnych na rynku: Mattelowskich, DS-owskich i tych od Hasbro - żadna z nich nie jest w stanie ująć postaci z bajki, chociaż taki był cel ich powstania. Nie twierdzę, że hybryda, którą utworzyłam, jest od nich lepsza. Po prostu bardziej spełnia moje oczekiwania. Marzyła mi się panienka o cechach bardziej odpowiadających oryginałowi - żeby miała tak samo nosek zadarty, filigranową sylwetkę i nieco dłuższe włosy o żywszym odcieniu. Pasm w odpowiednim kolorze nie znalazłam, ale żarówiasty żółty bardziej mi odpowiada, niż blada słoma, w dodatku mogę sobie wmawiać, że moja Raszpla jest czymś spomiędzy wersji i z bajki i z serialu. Do pełni szczęścia pozostaje mi jeszcze zorganizowanie sukienki i docelowych ozdób do włosów. W przyszłości rozważę również repaint.


Owe zdjęcia są efektem ubocznym ukulturalniania się w szanownym towarzystwie innych lalkowych pasjonatek: Inki i Zbieraczki Dziwaczki. Po zaliczeniu wystawy w pobliskim muzeum, kiedy już wszyscy zdążyli nabrać myśli, że jesteśmy porządne i normalne, nasze kroki skierowały się na plac zabaw, aby rozwiać wszelkie pozory. Lalki wyszły nam z toreb i zaatakowały otoczenie. Roszpunka zupełnie podświadomie zajęła wieżę i zaczęła odgrywać swoją rolę uwięzionej, co natychmiast poskutkowało znalezieniem się chętnego na księcia.

-Raszplo, daj no dreda!
-A mieszkanie to masz?
-Uuu, ciężko w tych czasach o mieszkanie.
-A samochód masz?
-Uuu, ciężko o samochód.
-To i o dreda może być ciężko.*



Kiedy już wywiad z nowopoznanym ujawnił jego brak zdolności kredytowych, obie strony grzecznie sobie podziękowały za znajomość, pozostawiając jedynie we wspomnieniach owe szaleństwo tamtych przelotnych chwil...


Następnym moim łołakiem jest Merida. Merida się obeszła bez rerootu i zaliczyła jedynie przeszczep całej głowy (albo całego ciała, zależy, z której strony to rozstrzygać). Włosy zakręciłam na drucikach, co spowodowało chaos na głowie, będący średnio estetycznym, ale zdecydowanie pasującym do jej kreacji.


Specjalnie do tego projektu nabyłam trupka, aby nie wprowadzać ingerencji w moją pierwszą Meridę (taką prosto z pudełka). Stąd ślady długopisu w kącikach ust, za które jeszcze się nie zabrałam. Na pocieszenie mogę wspomnieć, że w przypadku Walecznej włosy od Disney Store bardzo ładnie współpracują z wrzątkiem i odżwką.


Pewnie niekoniecznie widać, ale największą ingerencją było przydzielenie jej grubszego ciałka mtm. W końcu Merida w bajce była lekko przy kości. Po tej zmianie musiałam się postarać o poszerzoną wersję sukienki, i - ta dam! - oto pseudosukienka, którą uszyłam na maszynie. Jest to wersja uproszczona, bo akceptuję swoje lenistwo i umiem znajdować kompromisy w moich możliwościach krawieckich :)




Kolejne zdjęcia to to, co przypadkowo cyknęłam Dziewczynom - to już nie moje lalki. Bardziej byłam skupiona na macaniu ich, niż uwiecznianiu na zdjęciach. Tym bardziej, że średnio miałam wenę na sesję, co widać wyżej.


Dzidzia Gugu


Piękne, inkowe modelki



I to, co było do omacania przez naszą trójkę :)


Pozdrawiam i do następnego.



*Nawiązanie do skeczu z Kabaretu Potem "Narzeczony". Kto nie widział i lubi mój poziom poczucia humoru, to polecam.

środa, 12 czerwca 2019

Rebel Baby

Cześć. Pewnie nie macie u siebie okien, a tym bardziej termometrów, więc nie wiecie, jak jest ciepłu. U mnie właśnie wysiadło ogrzewanie centralne, dlatego pogoda próbuje mi tak osłodzić życie :)

Tuż po dnu dziecka, wybrałam się na targowisko. Na targowisku tym upolowałam kilka trupków, które są jeszcze w trakcie ogarniania i różnych innych zabiegów włączając w to również czary z zakresu nekromancji.

Między innymi trafił do mnie klonik lalki Fleur, który swoją marną jakość nadrabia przede wszystkim obszernym ciuszkiem. Ciuchu jest tak dużo, że jeszcze się suszył, kiedy postanowiłam zainteresować się samą głową lalki. Bardzo miękka, ze skróconym włosiem, układającym się podniesioną kępkę. Z ciekawości wetknęłam ją na wolne ciałko mtm, które akurat było odziane w nieco alternatywną stylizację. No i wyszło to :)





 





Efekt tak mnie ujął, że musiałam na szybko zrobić jej sesję... Ale obiecuję, że niebawem buźka wróci do swojej oryginalnej formy i wtedy też się tu pojawi. Pozdrawiam.

wtorek, 4 czerwca 2019

Przeddzień Dziecka :)




Był piątek. Mój wewnętrzny potworek od dłuższego czasu siedział cicho - chyba już minął ponad miesiąc od ostatnich zakupów lalkowych. W gruncie rzeczy, nawet nie miałam, co kupować, bo najciekawsze już zdobyłam, a pozostałe było nie aż tak potrzebne... No ale dzień świętować trzeba, a skoro tyle dni przetrzymałam, to mogę sobie pozwolić.

Wyprawa po sklepach nie sprawiła, bym odkryła coś nowego, ale przynajmniej udało mi się zdobyć główkę, która wcześniej mnie intrygowała. Była to możliwie najtańsza barbie z serii "stylowa". Tu mogłam nawet uznać, jakby żadnych zakupów nie było, dlatego jej obecność nie wpłynęła nawet na stan mojego sumienia.


A pisałam "głowka", bo tylko ona z tego zestawu jest na zdjęciu. Ciałko było straszne (wszystko sztywne, szyja - twardy kołek, ręce - dwie łopaty. Gdyby było dłuższe, to bym użyła jako stelaż do nasturcji, ale chyba nawet do tego się nie nadaje. Głowę z moldem Kim wcisnęłam na ciało typu Tall, które swoją klocowatością średnio pasuje do orientalnej urody buźki. Jakoś ciężko jest mi sobie wyobrazić bardzo wysokiego Azjatkę, nawet, kiedy patrzę na tę moją lalkę... ;)



Tu zdjęcie z tyłu pudełka, gdyby ktoś bardzo potrzebował sobie na szybko skojarzyć, którą "szykowną" nabyłam.


I rzeczone ciałko, które ląduje do wora innych sztywnych ciałek, czekających na jakieś wzgardzone głowy.



Nie jest to pierwsza moja Kim w jasnym wydaniu. Wcześniej byłam już w posiadaniu fashionistki o tej buźce. Malunek ma taki sam, może ciut lepiej wykonany. Największa różnicę widać na włosach, które mają większe zróżnicowanie kolorystyczne, oraz są po prostu wyższej jakości.


Sukienką szykownej obdzeliłam drugi mój nabytek, czyli Mtm z buźką Smiley. Uznałam, że jeśli główka mi nie przypasuje, to na pewno ciałko się kiedyś przyda. Buźka nie jest zła, ale na pewno nie zostanie w tej formie. Smiley jest jednym z tych moldów, za którymi bardziej przepadam, ich wesoły uśmiech odbieram jako bardzo sympatyczny i jakoś zawsze mimowolnie też się do nich uśmiecham. Pewnie rozpuszczę jej włosy i dorutuję przedzałek.




Niestety, jak się przyjrzę nadrukowi, to bardzo dobrze widać kropeczki. Chyba zostaje nie patrzeć nawet na lalki, które się kupuje dla urody. Co za absurdalna myśl...


Rysunek oka został zaczerpnięty od pierwszej fashionistki z ciałkiem Tal. Został tylko zmieniony kolor oczu. Strasznie podoba mi się ich kształt i bardzo subtelne, zaokrąglone brwi. Dodają tej buźce  dużo szlachetności.



Niestety, syndrom sztywnej szyi powoli dotyka już nawet ciałka Made To Move. Lalka może obracać głową na boki, ale, kiedy patrzy na wprost to nie może tej głowy sobie pochylić. Niby głowa jest prosto, ale ma się wrażenie, jakby zadzierała brodę do góry. Jest to dla mnie spory dyskomfort, zwłaszcza przy robieniu zdjęć, bo moim zdaniem, lalki najlepiej wychodzą, kiedy fotografuje się im buźki lekko z góry. Trzeba bawić się odkręcaniem głowy w bok, co wymusza zupełnie inną pozycję i rezygnację z pewnych koncepcji zdjęcia.



Pozostałe mankamenty są już zupełnie jakościowe i po prostu miałam pecha. Łączniki stawów (łokcie i kolana) są odlane z materiału, który miał więcej barwnika, przez co różnią się odcieniem od reszty ciała. Są ciemniejsze, ale znacznie lepiej to widać na żywo.





Następne, co mnie trafiło, to wypadające ramię. wysuwa się po kilku ruchach (ale nie odpada) i wyraźnie widać, że jedna ręka jest wtedy dłuższa od drugiej. Trzeba wciskać na siłę, pomaga przy kilku następnych pozach.


No, ale do tego ostatniego, to już trzeba mieć zdecydowanie pecha! Dwie prawe stopy (och, szkoda, że oddałam ciałko Cat Burglar, która miała chyba dwie lewe!). Przynajmniej dziewczyna ma zagwarantowane, że nie będzie źle wstawać z łóżka. Oprócz tego będzie bardzo praworządna w swoich prawicowych poglądach i będzie też wielką zwolenniczką prawostronnego ruchu drogowego.

Już sobie wymyśliłam historię, jak to w dzieciństwie rodzice szukali dla niej pomocy i oddali do czarodzieja. Ten pracował nad rozwiązaniem, aż w końcu odkrył, że dziewczyna z dwoma prawymi stopami to wielki potencjał dla praktyki magicznej. Tylko ona będzie w stanie wykonywać zupełnie niepowtarzalne rytuały i w celu badania tego nowego kierunku magii... Czarownik przyuczył ją do zawodu. Co prawda musiał też przekonać wszystkich, że najlepsze gesty się wykonuje stopami, ale to już inna sprawa...

Ja tu śmichu-chichu, ale Mattel, heloł! Gdzie Twoja kontrola jakości? Co się tam dzieje na produkcji?
Pomyślcie o majfriendach z aliexpress, którzy nic nie mogą szmuglować do swoich aukcji, bo nagle Mattel nie ma odpadów produkcyjnych! Wszystko przechodzi do sprzedaży! To dyskryminacja, dajcie Chińczykom żyć! A mi dajcie normalny produkt, skoro normalnie za niego płacę. Jak będę chciała badziew to wtedy go zamówię na alie.

Kurtyna.

piątek, 12 kwietnia 2019

Tango

Z pozoru jestem prostym człowiekiem - była ładna pogoda, miałam czas, no to poszłam w krzaki!

A w krzakach cuda: przyroda. Owa ona się budzi, rośnie i rozkwita. Roślinki zielenieją, ptaszki ćwierkają, a robaczki wypełzują, zupełnie nieświadome bycia zdobyczami mojego polowania. To akurat szczęście dla nich, bo polowałam z aparatem. No i raczej tak, przy okazji.

Robaczek.


Kwiatek.


Kwiatek.


Trawka.

Jak widzicie, nie kłamałam. Robi się pięknie i nawet moja depresyjna dusza ma w takich momentach przebłyski energii i chęci do działania. To akurat był początek tygodnia i w międzyczasie zdążyło się ochłodzić, ale weekend znowu zapowiada się jako ciepły i przyjemny... Mmm, będę dręczyć ogródek i czyścić samochód, nie mogę się doczekać. Chyba znowu się wyśpię na zapas.

Ale gdybym sama chodziła w krzaki, to miałoby się nijak do tematyki tego bloga. Razem ze mną udała się moja słowiańska piękność, eks-wróżka, Dori z Diamentowego Pałacu, zwana u mnie Tango.
Nie ukrywam, że jest to jedna z moich ulubionych lalek. Pamiętam, jak ją upolowałam w oryginalnej wersji, jak zaliczyła dwa przeszczepy (wpierw ciałko od Luxury Fashion, potem MTM), jak w międzyczasie coraz mniej śmierdziała tytoniem po poprzednim właścicielu. Dziś Tango jest wolna od nałogów, no może oprócz marzycielstwa, ale to już mi nie przeszkadza. Sama jestem uzależniona od wody, spania i czekolady...



Miejscem sesji były chaszcze na tyłach jakiegoś pawilonu handlowego. Nie sprawdzałam dokładnie okolicy, przyprowadziła mnie tam Nina, z którą prowadziłyśmy rywalizację o dostęp do najpiękniej kwitnącego krzaczka, by robić przy nim zdjęcia. Ostatecznie, musiałyśmy zmieścić się tam obie i dzisiaj ja publikuję swoje zdjęcia, a niebawem pewnie pojawią się też prace Niny, na jej własnym blogu.


Do jednego zdjęcia nawet pożyczyłam od Niny gitarę...


Ale głównym rekwizytem tej sesji miał być szczególny dla mnie prezent, który jakiś czas temu dostałam z okazji moich urodzin. Jest to rzeźba przedstawiająca miniaturową harfę neoceltycką, pasującą do skali Barbie. Instrument jest z drewna, kołki to ucięte szpilki krawieckie, a rolę strun pełnią nici, zamontowane na harfie w kolorach odpowiadających tym w muzyce: czerwone struny to dźwięki C, a niebieskie to F. Niestety, harfa nie jest nastrojona, ale skoro moje lalki mają gumowe uszy, to nie będzie dla nich różnicy.

Owy podarunek to ręczna robota mojego Lubego, który widocznie nie ma umiaru w zaskakiwaniu mnie swoimi pomysłami i talentem :)
A jeśli dodam, że robił ją z patyczków po lodach, to już w ogóle będziecie zbierać szczęki z podłogi.

Zatem, zapraszam do obejrzenia reszty zdjęć.







 

I na koniec: Tango w towarzystwie Byula Niny. Jak widać, oboje się wpasowują w folkowy klimat i powinni zakładać kapelę.

Ale bym musiała się najeździć na ich próby, bo przecież Nina mieszka dość daleko ode mnie...

To tyle na dziś. Miłego weekendu :)