Plażowa Raquelle nigdy nie miała u mnie łatwego życia. Już w momencie kupna, mogła się poszczycić artykulacją godną ofiary wypadku drogowego. Zupełnie, jakby miała wszystkie kończyny w gipsie. Szyję też miała unieruchomioną, bo producent postanowił zaoszczędzić na kotwiczce mocującej głowę.
To zdjęcie idealnie ukazuje możliwości jej poprzedniego ciałka. źródło
Później przełożyłam jej główkę na klona fashionistki. I wydawało się dobrze, poza kilkoma rzeczami.
* stawy były luźne, jak u pajacyka.
*odcień skóry był biały jak kartka.
*plastik sam z siebie walił tandetą.
*błyszczał!
*kotwica urwała się sama z siebie...
Więc znowu zwątpiłam. Żeby mieć oryginalne ciałko Raquelle, musiałabym kupić samą Raquelle, przy czym i tak bym została z nadprogramową głową... Ciało schowałam, łeb zdjęłam i spisałam go na straty. Rozpoczęłam eksperymenty.
Kiedy już wykroiłam (krzywo!) zęby, postanowiłam się zabawić w protetyka i dziurę potraktowałam kropelką.
A potem chciałam pomalować, ale mój pędzelek z eyeliner'a stwierdził, że ma dziś zły dzień i zgubił wszystkie włosy. Zapasowego nie mogłam znaleźć i byłam straaasznie zdesperowana.
I powiem Wam tak: Jak na malowanie przy zapadającym zmroku, w trakcie oglądania filmu i przy użyciu wykałaczki maczanej w farbie jest nawet nieźle... :D
A jednak już w tej chwili zapowiadam próbę poprawy. Pozdrawiam :)
Psss... Ciałko od fash w panterkowej spódniczce. Raquelle plażowa jest ciut ciemniejsza od normalnej.
