We mnie największy sentyment budzi budka dla kaczek, którą pamiętam jeszcze z wczesnych lat dziecinnych. Chyba nie było wtedy wody w stawie, bo pamiętam, jak tata z bratem podchodzili do niej i zaglądali do środka. Wciąż jest tak samo niebieska i wygląda na zadbaną. Strasznie podoba mi się jej styl nawiązujący do kultury wschodniej.
Są też kaczki, które obecnie z domku nie korzystają. Widać lepiej im siedzieć na wodzie, jest większa szansa, że ktoś dokarmi. Ogólnie, jest ich w mieście bardzo dużo, chyba nawet w okolicach sześdziesięciu sztuk. Nie wylatują na zimę, bo przyzwyczaiły się do dokarmiania przez mieszkańców. Nie uważam, żeby to było dobre, ale właściwie to już nie ma wyboru i trzeba im pomagać...
Jest i również Łabędzica...
Moja lalkowa panna również była zainteresowana budką. Jednak nie mogłam jej tam puścić - skoro przewracała się nawet na glebie, to z wodą by sobie nie dała rady...
Musiała się więc zadowolić pozowaniem na jej tle.
A teraz posiadłość od frontu. I to nie pełnego. Przed tą bramą ciągnie się długa alejka ze stawami po obu stronach i rozchodząca się na obie strony, by wprowadzić gości od bocznych wejść na dziedziniec. Główna brama pewnie była tylko po to, by podziwiać ;)
A teraz reszta zdjęć. Melancholia, melancholia...
Tyle ostatnio biadoliłam o zimie. No i cóż - jest już zimno. I to tak, że się trzęsę nawet w domu. Za to śniegu nie mam nadal.
Ot, kaprysy pogody. Mam nadzieję, że kaczuchy sobie radzą.
Pozdrawiam.